http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Język sukcesu nie jest dla lewicy

Prof. Małgorzata Kowalska*
2010-07-12, ostatnia aktualizacja 2010-07-09 19:49

Otwarcie centrum Plaza w Sosnowcu w 2007 r. Polacy z entuzjazmem rzucają się na weekendowe promocje
Otwarcie centrum Plaza w Sosnowcu w 2007 r. Polacy z entuzjazmem rzucają się na weekendowe promocje
Fot. MARCIN TOMALKA / AG

Mamy dwa w istocie czysto ekonomiczne ideały - z jednej strony maksymalna konsumpcja, z drugiej ograniczanie konsumpcji w imię abstrakcyjnego wzrostu. Żaden z nich nie jest lewicowy

ZOBACZ TAKŻE
Miłada Jędrysik: Czy wybory prezydenckie po znaczącym sukcesie Grzegorza Napieralskiego w pierwszej turze są początkiem końca marginalizacji lewicy w Polsce?

Prof. Małgorzata Kowalska: Nie wiem, na ile na dobry wynik Napieralskiego zapracował tzw. elektorat kulturowy, a na ile socjalny. W każdym razie nie jest przesądzone, czy to stały elektorat lewicy. W drugiej turze z punktu widzenia większości ludzi sympatyzujących z lewicą wygrało „mniejsze zło”, ale nie wiemy, jakie będą tego skutki polityczne. Komorowski i Tusk być może wyciągną wnioski z faktu, że większość tych wyborców oczekuje wywiązania się przez prezydenta z tych nieśmiałych obietnic, które złożył w kampanii: ustawy o parytetach, rozwiązania kwestii in vitro czy wreszcie gestów socjalnych, jak np. rezygnacji z pomysłu na nierównomierny rozwój kraju, przeprowadzania przynajmniej konsultacji społecznych przed wprowadzaniem reform w kulturze, służbie zdrowia czy szkolnictwie. Wówczas ten przechył Platformy na lewo być może utrudni krystalizowanie się wyrazistej opcji lewicowej, ale przyczyni się do zmiany języka i praktyki politycznej.

Tego typu reformy powinny być przeprowadzane z uwzględnieniem głosu lewicy. Nie wiem, czy Grzegorz Napieralski, polityk jeszcze młody i niewyrobiony, może być rzecznikiem lewicowych postulatów, ale dajmy mu szansę. Jest teraz wyraźna potrzeba integracji rozmaitych środowisk lewicowych wokół tych spraw.

Jeśli zaś PO w dalszym ciągu będzie walczyła o elektorat konserwatywny z PiS, na razie nic się nie zmieni.

Z perspektywy Warszawy wygląda to tak, że Polska po wejściu do Unii Europejskiej szybko się modernizuje i konserwatyzm Platformy w kwestiach obyczajowych jest nie do przyjęcia dla rosnącej rzeszy wyborców. A z perspektywy Białegostoku?

- Choć Podlasie należy do najbardziej konserwatywnych regionów w Polsce, to przecież w ciągu ostatnich lat można tu zaobserwować wyraźną ewolucję. Po raz kolejny w samym Białymstoku wygrał kandydat Platformy. Jeszcze 10 lat temu byłoby to nie do pomyślenia. Z drugiej strony z perspektywy każdej prowincji, a zwłaszcza Polski B, lepiej widać, że ta modernizacja prowadzi do polaryzacji. O wiele bardziej wyraźne jest ścieranie się postaw liberalnych z konserwatywnymi.

Jednocześnie w Białostockiem, gdzie mamy liczące się mniejszości etniczne i religijne, widać, że te grupy, najczęściej upośledzone w sensie ekonomicznym, dokonują politycznych wyborów w sposób z pozoru modernizacyjny. Akceptują propozycję Komorowskiego, mimo że ze względu na status społeczny teoretycznie nie leży to w ich interesie.

Bo mniejszości też wybierają "mniejsze zło". Boją się katolicko-narodowego języka.

- Ale właśnie ze względu na politykę symboliczną, obietnice większej tolerancji, otwartości.

Tymczasem żeby lewica poszerzyła elektorat, musi chyba sięgnąć nie po rosnącą klasę średnią, ale właśnie po prowincję. A tam się słucha proboszcza. Czy wyobraża sobie pani taką sytuację jak w Neapolu, gdzie burmistrz, postkomunista, z całą pompą bierze udział w ceremonii cudownego rozpuszczenia się krwi św. Januarego, a wielu z obecnych w katedrze wiernych nie ma żadnego problemu z głosowaniem na lewicę?

- To jest teraz główny problem lewicy europejskiej. Mieliśmy etap lewicy ekonomicznej, gdzie podstawową grupą społeczną, o której emancypację chodziło, byli robotnicy. To z różnych powodów stało się częściowo anachroniczne, bo ta grupa bardzo się zróżnicowała, częściowo "uburżuazyjniła". Potem od lat 60. XX wieku mieliśmy etap lewicy kulturowej, dla której podmiotami, które należało emancypować, były wszelkiego rodzaju mniejszości kulturowe. Stąd postulaty feministyczne, gejowskie itp.

Mam wrażenie, że dzisiaj coraz dobitniej artykułowany jest postulat - na razie tylko postulat - żeby ta stara i nowa lewica znalazła jakiś wspólny mianownik, żeby postulaty równościowe mogły dotyczyć zarówno grup upośledzonych ekonomicznie, jak i tych dyskryminowanych ze względów kulturowych. Ale wszędzie na świecie, a w Polsce zwłaszcza, znalezienie tego wspólnego mianownika jest bardzo trudne. W praktyce elektorat upośledzony socjalnie często, zwłaszcza w kraju jednorodnym etnicznie i religijnie, jest podatny na ideologię ksenofobiczną, zgodnie z którą za wszelkie krzywdy odpowiadają obcy. Przekonanie tego elektoratu, że ten rodzaj propozycji politycznej jest w gruncie rzeczy zupełnie sprzeczny z ich aspiracjami, jest szalenie trudne. Lewica na razie nie ma pomysłu, jak to zrobić.

Pewnie też jakaś część tego tradycyjnie lewicowego, postkomunistycznego elektoratu, chociaż niechętna wobec haseł katolicko-narodowościowych, ze względów socjalnych daje się uwieść takiemu dyskursowi. To jednak margines.

A czy ten proces może zajść w drugą stronę? Czy można wyjść ze mszy i głosować nie tak, jak kazał proboszcz?

- To wymagałoby od lewicy wyzbycia się aroganckiego języka antyklerykalnego i antyreligijnego.

Tylko że on jest potrzebny dla wyborców z dużych miast.

- Taki nieagresywny język istnieje, można być człowiekiem religijnym, nie będąc prokościelnym. Ale to język dosyć abstrakcyjny i jak przyjdzie co do czego, w politycznym komunikacie rozpada się na wersje postrzegane jako wojujący ateizm i jako obrona katolickich wartości.

Ale jest też problem ze znalezieniem konkretnych rozwiązań instytucjonalnych, które by miały skutki emancypujące i dla warstw konserwatywnych, ekonomicznie upośledzonych, i dla tych nowoczesnych młodych ludzi, którzy potrzebują przede wszystkim liberalizmu w sferze światopoglądowej. To powinno być państwo, które troszczy się bardziej o politykę redystrybucji niż o kontrolowanie sumień i zbiorowej pamięci. Takie państwo istniało na Zachodzie przez całe lata, to było państwo opiekuńcze, które z różnych przyczyn znalazło się dzisiaj w kryzysie. Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że w nowym globalnym ładzie gospodarczym było postrzegane jako zbyt mało konkurencyjne.

Samookreślenie się lewicy wobec dominującego języka sukcesu też jest bardzo ważną sprawą. Lewica powinna jasno powiedzieć, że nie konkurencyjność, nie sukces gospodarczy są społecznie najważniejsze. Bardzo często spór toczy się dziś o to, jak szybciej możemy się modernizować w sferze gospodarczej, jak być konkurencyjnym. Nie kwestionuje się tego celu, który w gruncie rzeczy jest całkowicie abstrakcyjny. Czy naprawdę ludzie są najbardziej zainteresowani tym, żeby mieć coraz to nowsze modele komputera i być w czołówce gospodarczego wyścigu? Gdyby zrobić sondaż, to chyba niewielu ludzi by się z tym zgodziło.

Mamy dwa w istocie czysto ekonomiczne ideały - z jednej strony maksymalna konsumpcja, z drugiej ograniczanie konsumpcji w imię abstrakcyjnego wzrostu. Żaden z tych ideałów nie jest lewicowy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 40 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':