http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Katolik w mniejszości

Rozmawiały Ariadna Machowska i Katarzyna Wiśniewska
2010-07-11, ostatnia aktualizacja 2010-07-16 13:20

Kościół św. Sabiny w Rzymie, nawa główna
Kościół św. Sabiny w Rzymie, nawa główna
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta

I nagle tysiące ludzi porzuciło chrześcijaństwo. Z dnia na dzień. Tak jak się zdejmuje za ciasny płaszcz. Dla wielu katolicyzm był bardziej strukturą religijno-socjalną niż osobistą relacją do Boga, która mogłaby się ostać, gdy przyszła modernizacja - mówi ks. Andrzej Draguła

Ariadna Machowska, Katarzyna Wiśniewska: Co się stało w Quebecu?

Ks. Andrzej Draguła : Mieszkaniec Quebecu nie rodzi się już katolikiem. Kościoły są zamieniane na hotele i sale koncertowe, a seminaria i domy zakonne - zamykane. Chrzci się coraz mniej dzieci. Procent uczestniczących w niedzielnej mszy spadł z 61 w 1961 roku do najwyżej 6-10 dziś. Niektórzy mówią wprost: "Kościół umiera".

"Koniec chrześcijaństwa quebeckiego! Koniec katechezy w szkole! Koniec wypełnionych kościołów w niedzielę! Koniec epoki, gdy słowa Kościoła i jego sług stanowiły prawo" - mówił arcybiskup Montrealu kardynał Jean-Claude Turcotte na inauguracji roku akademickiego w seminarium diecezjalnym.

- Myślę, że arcybiskup chciał uświadomić przyszłym kapłanom, do jakiej posługi się przygotowują i w jakim Kościele będą pracować. Liczba seminarzystów w całej Kanadzie w ostatnich latach nie przekracza 100, w tym 60 w Quebecu, w całym Kościele kanadyjskim jest ich mniej niż biskupów.

Dlaczego tak się stało?

- Od XVIII w. wiara katolicka i język francuski były w Quebecu symbolami oporu wobec Korony Brytyjskiej i anglikanizmu. Kościół jednoczył Kanadyjczyków francuskojęzycznych i budował ich tożsamość. W połowie XIX wieku zaczął się "złoty wiek" quebeckiego katolicyzmu. Liczba księży, zakonników i zakonnic rosła dwukrotnie szybciej niż cała populacja. Kościół otoczył ludzi opieką zdrowotną i socjalną. Powstała sieć szpitali, hospicjów, sierocińców, żłobków, domów poprawczych, noclegowni. Montreal był nazywany miastem miłosierdzia. Mało gdzie na świecie istniała tak rozwinięta sieć szkolnictwa podstawowego, także na wsiach. I to zarówno dla chłopców, jak i dziewcząt. Oczywiście było ono kościelne. Przy kościołach powstawały biblioteki i czytelnie. Na początku XX w. Kościół zainicjował ruch związkowy, a także system kas zapomogowo-pożyczkowych.

Taki Kościół społeczny, do którego często wzdychamy .

- Tak. Doszło do bardzo silnej symbiozy między życiem społecznym a kościelnym. Ale oprócz Kościoła społecznego, był także Kościół, który można nazwać politycznym, bardzo silnie związany nie tylko ze społeczeństwem, ale ze strukturą władzy, zwłaszcza za czasów premiera Duplessisa. Pytanie - na ile ten silny związek katolicyzmu ze społeczeństwem, Kościoła z władzą pokrywał się z doświadczeniem wiary? Ludzie byli zapewne bardzo religijni, bardzo kościelni, ale czy byli ludźmi wierzącymi?

Maurice Duplessis, premier Quebecu od 1936 aż do 1959 r., z przerwą w czasie II wojny, prowadził z powodzeniem liberalną politykę gospodarczą, a jednocześnie był strażnikiem konserwatywnych wartości: wizję państwa opierał na tradycyjnej kulturze wiejskiej i Kościele. Dążył do zwiększenia wpływu duchowieństwa na edukację i sferę socjalną. Zwalczał wszelkie przejawy wolnomyślicielstwa. Kawaler, ale wspierał tradycyjną politykę prorodzinną. Co się stało po jego śmierci?

- Rządy przejęła Partia Liberalna. W jej programie było m.in. przejęcie od Kościoła funkcji społeczno-edukacyjnych. Odbyło się to właściwie spokojnie i we współpracy z Kościołem, który z trudem radził sobie z rosnącymi potrzebami. I nagle - w latach 60. i 70. tysiące ludzi porzuciło chrześcijaństwo. Z dnia na dzień. Jak mówią sami mieszkańcy Quebecu: tak jak się zdejmuje płaszcz, który jest za ciasny i zaczyna uwierać. Okazało się, że dla wielu katolicyzm był bardziej strukturą religijno-socjalną niż osobistą relacją z Panem Bogiem, która mogłaby się ostać, gdy przyszła modernizacja, industrializacja. Nowe prądy kulturowe, które dotarły wraz z rozwojem mediów, a zwłaszcza telewizji, pokazały, że można żyć inaczej, można realizować życie poza przestrzenią kościelną, która do tamtej pory była tak wszechogarniająca, że nawet zabawy sobotnie robiono na plebanii. W ślad za świeckimi z Kościoła odchodzili księża i seminarzyści. Znajomy dominikanin z Montrealu opowiadał mi o przypadkach, gdy w ciągu tygodnia liczba seminarzystów malała o połowę. To było nagłe załamanie.

Jakie wnioski wyciągnął Kościół?

- Autorzy kościelnego raportu "Zaryzykować przyszłość" z roku 1989 postawili tezę, że od dawna wiara katolicka w Quebecu zbudowana była na konformizmie, a nie na osobistym wyborze. Konformizmie rozumianym jako dostosowanie się czy nawet podporządkowanie wartościom, poglądom, zasadom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. Ludzie byli katolikami, ponieważ tego wymagała kultura i tożsamość katolickiego społeczeństwa. Religia zbudowana na konformizmie nie mogła jednak przetrwać wobec zmian kulturowych w latach 60. i 70. Tak jak kiedyś ludzie byli katolikami, bo inni byli, tak przestawali nimi być, bo inni przestawali. Na to nałożyły się jeszcze reformy Soboru Watykańskiego II.

Przecież soborowe otwarcie Kościoła powinno ludzi przyciągać.

- Kościół stał się przyjaźniejszy, ale u niektórych wywołało to poczucie zagubienia, np. z powodu nowej liturgii, do której nie byli przyzwyczajeni. Inna sprawa, że byli przywiązani bardziej do pewnych form i struktury niż do istoty rzeczy.

Powstał raport i co dalej?

- Postulaty były rewolucyjne. Po pierwsze, porzucić niektóre metody duszpasterskie, m.in. edukację religijną dzieci, na którą idą siły i środki niewspółmierne do efektów. Kościół powinien się skupić na katechetycznym kontakcie z dorosłymi. Po drugie, nie zajmować się tzw. katolikami kulturowymi, którzy chodzą cztery razy w roku do Kościoła, bo taki jest zwyczaj. W raporcie uznano katolicyzm kulturowy za "rodzaj przesądu szkodliwego dla Kościoła", który "powoduje, że Kościół ulega złudnej wizji własnej roli historycznej, pozornej wiary w to, że reprezentuje całe społeczeństwo". Po trzecie, raport postawił tezę, że w nowoczesnym społeczeństwie religia może przetrwać tylko w formie ruchu mniejszości, a nie w dotychczasowej strukturze parafialnej. Zalecono więc tworzenie małych wspólnot.

A dlaczego miałoby to gwarantować przetrwanie Kościoła i prawdziwość intencji wiernych? Dlaczego w małych wspólnotach lepiej przeżywa się wiarę?

- Duże struktury społeczne nie są w stanie wytworzyć silnych relacji między jednostkami. Kościół masowy jest w dużej mierze Kościołem anonimowym, w którym trudno wytworzyć poczucie wspólnoty wiary. Autorzy raportu uznali, że wielkie parafie nie zachęcają wiernych do mówienia własnymi słowami. Dopiero małe wspólnoty dawałyby szansę rozmawiania o własnej wierze i o tym, co z niej wynika dla współczesnego świata. Proces ten jest zauważalny w Kościele posoborowym, i to nie tylko w Kanadzie. Małe grupy tworzą strukturę niejako uzupełniającą wobec dużych parafii. Na pewno w Kościele grup i wspólnot jest szansa na bardziej dojrzałe przeżywanie swojej wiary.

Co się stało z raportem?

- Nie podjęto żadnych radykalnych działań. Podczas kongresu w 1992 r. zarzucono mu nadmierny pesymizm prowadzący do postrzegania się katolików w kategoriach wspólnoty ludzi przegranych, a także determinizm i nieliczenie się z teologiczną możliwością pojawienia się nieoczekiwanego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 107 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':