Licząca 22 mln mieszkańców
Australia przyjmuje co roku 190 tys. imigrantów - głównie białych, dobrze wykształconych i mówiących po angielsku. Ale pod presją opinii publicznej największym politycznym problemem stało się 4-5 tys. "boat people", którzy uciekając przed represjami we własnym kraju, próbują co roku wylądować na Antypodach.
Gorąca debata o tym ułamku procentowym imigracji znów rozgorzała w Canberze. A to za sprawą ogłoszenia przez premier Julię Gillard z rządzącej Partii Pracy nowego programu wobec uchodźców przybywających na łodziach z Indonezji czy Sri Lanki.
Głównym punktem reformy ma być utworzenie wielkiego obozu dla uchodźców zmierzających do Australii w Timorze Wschodnim. Pani premier przyznała kilka dni temu, że rozmawiała już o nim z władzami Timoru. Te mają opory, ale zaczęły negocjacje, bo Australia to główny protektor Timoru, który niedawno oderwał się od Indonezji.
Premier Gillard zapewnia, że nowa polityka jest wymierzona w gangi przemytników, którzy mają zarabiać 25 mln dol. australijskich rocznie na nielegalnym transferze ludzi. Za miejsce na łodzi do Australii niedoszli azylanci płacą 5-20 tys. dol.
- Chcemy pozbawić przemytników towaru - przekonuje Gillard. - Niech wszyscy wiedzą, że próba nielegalnej imigracji łodzią oznaczać będzie bilet do centrum dla azylantów.
Według planów rządu w timorskim centrum będą oni czekali na rozpatrzenie podania o wizę, uczyli się angielskiego i ewentualnie nowego fachu z listy poszukiwanych w Australii. Ci, którzy nie spełnią wymagań prawa do azylu, będą odsyłani do domu.
Komentatorzy nie mają wątpliwości, że Gillard chodzi nie tyle o dobro azylantów, ile o głosy wyborców, którzy najpewniej w sierpniu wybiorą nowy parlament. Najgorętszym tematem kampanii są właśnie wykreowani na zagrożenie dla australijskiej stabilności "boat people" i rządzący starają się wyjść naprzeciw tym obawom.
Paradoks polega na tym, że Australia to kraj imigrantów. Z wyjątkiem rdzennych Aborygenów każdy Australijczyk skądś pochodzi, głównie z Europy bądź Azji. Sama premier Gillard, która pod koniec czerwca przejęła rządy po Kevinie Ruddzie na skutek puczu w swej partii, urodziła się w Walii. Imigracja to część australijskiej psyche, ale strach przed rzekomą inwazją zmierzających na łodziach do brzegów kraju biednych Azjatów psyche tę całkowicie w ciągu ostatniej dekady przekręcił.
Nastroje podgrzewa niechętna azylantom konserwatywna opozycja - koalicja liberałów z narodowcami. Jej przywódca i kandydat na premiera Tony Abbot zaatakował premier Gillard za "składanie pustych obietnic". I zaoferował własną receptę na rozwiązanie problemu "boat people". - Moje przesłanie do wyborców jest proste, jeśli chcecie zatrzymać
łodzie z uchodźcami, głosujcie na zmianę rządu - powiedział.
Konserwatyści zapowiadają powrót do wprowadzonej przez nich w 2001 r. ostrej polityki wobec nielegalnych imigrantów zwanej "Pacific solution". Polegała ona na przechwytywaniu łodzi na wodach przybrzeżnych Australii i odsyłaniu uchodźców do obozów na wyspach Pacyfiku - choćby na Wyspie Bożego Narodzenia.
"Pacific solution", która w 2001 r. zapewniła zwycięstwo wyborcze konserwatystom, została zniesiona przez laburzystów po przejęciu przez nich władzy w 2007 r. Teraz i oni muszą zaostrzyć kurs, by utrzymać się przy sterach.