http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kryzys, czyli wyzwanie

Eva Hoffman*
2010-07-08, ostatnia aktualizacja 2010-07-07 17:03

David Cameron
David Cameron
Fot. POOL

W Wielkiej Brytanii zakończył się być może wiek nieodpowiedzialności i robienia zakupów do granic przesytu. Być może więź pomiędzy obywatelem a władzą może być jeszcze odbudowana a państwo przestanie traktować ludzi jako nieodpowiedzialnych wyrostków - pisze

Wicepremier Wielkiej Brytanii Nick Clegg (z lewej) i premier David Cameron
Fot. Christopher Furlong AP
Wicepremier Wielkiej Brytanii Nick Clegg (z lewej) i premier David Cameron
Nick Clegg
Fot. Chris Radburn AP
Nick Clegg
Ogłoszony kilka dni temu tzw. budżet kryzysowy, czyli chrzest bojowy nowego rządu Wielkiej Brytanii, był tak powszechnie wyczekiwany, że nic w nim specjalnie nikogo nie zaskoczyło. A jednak ogłoszenie budżetu przypomniało wszystkim, że Wielka Brytania jest w bardzo szczególnym momencie swej historii.

Zresztą już nowy koalicyjny rząd konserwatystów i liberałów jest wydarzeniem niezwykłym, bo koalicje zdarzają się tu niezmiernie rzadko, po raz ostatni podczas wojny. Odtąd władzą dzielili się laburzyści i konserwatyści. Partię Liberalnych Demokratów postrzegano jako swego rodzaju trzecią siłę i głos politycznego sumienia, ale nie element, który ma brać w swe ręce ster rządów. Jednak w ostatniej kampanii pojawiły się nieznane tu dotąd debaty telewizyjne, które wyniosły Nicka Clegga, młodego przywódcę liberałów, do czołówki najpopularniejszych polityków.

I gdy kuszeni przez konserwatystów i laburzystów liberałowie zdecydowali się na sojusz z tymi pierwszymi, nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że stało się coś bardzo dziwnego. Dwaj zacięci przeciwnicy nagle razem? Jak to zadziała?

Ale obserwując wspólny występ przed kamerami na Downing Street 10 Clegga i nowego premiera Davida Camerona, na myśl przychodziły szekspirowskie komedie omyłek, gdzie po wielu tarapatach, wielokrotnej zmianie szat, oszustwach i zamęcie na jaw wychodzi prawdziwa tożsamość bohaterów. Ku radości bądź osłupieniu widowni.

I Cameron, i Clegg pochodzą z wyższych sfer i stojąc tak ramię w ramię, deklarując przyjaźń, a czasem nawet żartując ze sobą, mogliby uchodzić za bohaterów szekspirowskiej komedii o świecie angielskich dżentelmenów: tak płynnie wysławiających się, tak otwartych, tak bezpośrednich, tak miłych. Być może nie da się ich nie lubić!

Dlaczego nie przeklina się rządu?

Bo kolejnym zaskoczeniem był brak zwykle pełnych wrogości i jadu reakcji na powołanie nowego gabinetu. Brytyjska polityka to zażarta walka. Debaty parlamentarne pełne są ataków personalnych, a media określa się nie bez racji mianem zdziczałych. Pytania dziennikarzy przed kamerami są często tak agresywne, iż widzowie zastanawiają się, dlaczego poniżany polityk nie dostaje palpitacji serca i nie wychodzi ze studia, trzaskając drzwiami.

Tymczasem reakcje na utworzenie koalicyjnego rządu były całkiem spokojne, co jest tym dziwniejsze, że David Cameron nie był posłańcem dobrej nowiny. Jego główne przesłanie brzmiało: Jesteśmy w kryzysie, a wyjście z niego zaboli każdego. Taka zapowiedź powinna się spotkać z wybuchem przerażenia. A jednak, z wyjątkiem laburzystów protestujących przeciw obarczaniu ich winą za stan gospodarki, publiczną retorykę charakteryzuje spokojne rozumowanie, a nawet uprzejmość.

Dlaczego? Może sam sojusz konserwatystów i liberałów, partii pozornie najdalszych od siebie w poglądach, wytrącił wszystkich z równowagi. Ów brak wojny świadczy także, że na styku politycznych płyt tektonicznych pojawiły się głębokie przesunięcia.

Z jednej strony zawarcie koalicji ujawnia istnienie ukrytego nurtu w brytyjskiej demokracji, który od lat towarzyszył zaognionej retoryce mediów: narastającej konwergencji poglądów głównych partii i towarzyszącego jej niemal całkowitego zaniku ostrych różnic ideologicznych.

Torysi nawet nie pragną uchodzić za konserwatywnych; mówią, że są partią nowoczesną, wczuwającą się w sytuację obywateli. Nowi laburzyści dawno wyrzekli się słowa "socjalizm". Tylko liberałowie, pozostając z dala od władzy, wydawali się nadal bardziej liberalni, ale z chwilą wejścia do rządu łatwo przesunęli się w stronę centrum.

Koalicja odzwierciedla w pewnym sensie stan kulminacji tego dążenia ku centrum, a budżet jest jak dotąd najjaśniejszym przejawem tego trendu. Mowa kanclerza skarbu George'a Osborne'a rozpoczęła się od przypomnienia bolesnych faktów, że Wlk. Brytania ma największe zadłużenie w Europie poza Irlandią, a spora część dochodów idzie na obsługę deficytu. Jak w tej sytuacji w ogóle zacząć równoważenie budżetu?

Przed ujawnieniem szczegółów Osborne wygłosił parę "dobrze zrównoważonych" frazesów: budżet "płaci za przeszłość, lecz planuje na przyszłość", "jest twardy, ale uczciwy", wszystko zależy od "niższych wydatków, a nie od wyższych podatków". I, co najważniejsze, wszystko to jest "nie do uniknięcia".

Być może najbardziej znamienne było stwierdzenie, że koalicja jest "sojuszem postępowym". To odważne stwierdzenie, nawet jeśli nie całkiem trafne. Również budżet wydaje się silnie centrowy i wskazuje na przyjęcie przez rząd programu nie tyle niegdyś chlubnej Trzeciej Drogi, ile ostrożnie wyważonej Drogi Środka.

Najgłębsze cięcia dotkną parę świętych krów, jakimi są świadczenia socjalne i opieka zdrowotna. Ale też opieka społeczna zżera aż czwartą część wydatków publicznych i dochodzi w niej do częstych nadużyć.

Niektóre przywileje mieszkaniowe dla bezrobotnych mogą podrożeć o tysiące funtów miesięcznie, a zasiłki są nadal na tyle wysokie, że zniechęcają bezrobotnych do podejmowania słabiej płatnych prac. Ale nikt poważnie nie myśli o rezygnacji z podstawowych przywilejów czy rozmontowaniu zabezpieczeń socjalnych.

Część z proponowanych reform jak wymóg, by bezrobotny musiał przyjąć oferowaną mu jakąkolwiek pracę po pewnym czasie pozostawania na zasiłku, może pomóc przerwać zaklęty i demoralizujący krąg bezradności i wyobcowania. Jednocześnie wejdą dodatkowe podatki dla bogatych i na banki, z którego wpływy mają sięgnąć 2 mld funtów. Pamiętajmy jednak, że kroki te następują po okresie naprawdę zdumiewającej nieodpowiedzialności fiskalnej. No i w typowo brytyjski sposób królowa łaskawie zgodziła się, by zamrozić wydatki domu królewskiego.

Nie wydaje się więc, by Wielka Brytania miała wejść w erę drastycznych oszczędności lub kontrolowania gospodarki przez państwo. Koalicja proponuje rodzaj korekty - odejście od nadmiernych wydatków w stronę czegoś bardziej zdyscyplinowanego i zdrowszego.

I wydaje się, że to właśnie ta część programu spotkała się ze zrozumieniem opinii publicznej, która czuła, że coś jest nie w porządku i coś należy z tym zrobić.

Poczucie wspólnego dobra, wiara, że żaden Brytyjczyk nie powinien zostać bez opieki, było jednym z najbardziej ludzkich i pociągających aspektów tego społeczeństwa. A jednak w ostatnich latach państwo socjalne przyczyniło się do rozluźnienia dyscypliny.

Z drugiej strony wśród finansistów i prezesów korporacji brak społecznego sumienia okazał się wstrząsający. Teraz - gdy problem został nagłośniony - wszyscy odczuli ulgę. Być może zakończył się wiek nieodpowiedzialności, być może nie musimy wciąż robić zakupów do granic przesytu, być może więź pomiędzy obywatelem a władzą może być jeszcze odbudowana, a państwo przestanie traktować ludzi jako nieodpowiedzialnych wyrostków, od których nic nie można wymagać i na wszystko się im pozwala.

Brytyjczycy są razem

Zamiast obrzucania się błotem w polemikach, w domenę publiczną na powrót wkroczyły takie słowa jak "realizm", "konieczność", "funkcjonalność". Wszechobecne poczucie, że coś mi się należy i towarzyszący mu brak wiary w sens instytucji politycznych zostały zastąpione przez poczucie, że niektórych problemów nie da się rozwiązać na zasadzie prawica albo lewica, że nieustanna prosperity nie musi być dana raz na zawsze, że rząd nie jest ani wszechmocny, ani nie zawsze pełen złych intencji i że istnieją granice przywilejów i ochrony, które politycy mogą nam zapewnić.

Ostatnio przywódcy zachodnioeuropejscy też wypowiadają się w bardzo ostrzegawczym tonie, ale koalicja ma jeden ważny atut: Brytyjczycy czują się świetnie w kryzysie, a informacja, że są w jego centrum, ich nie przeraziła.

Kryzys to wyzwanie i powód do zwarcia szeregów. Nie wiadomo, jak długo potrwa ta solidarność i niewątpliwie wcześniej czy później pojawią się napięcia i w koalicji, i poza nią. Ale być może obecne nastroje Brytyjczyków zwiastują jakąś głębszą zmianę klimatu i nadejście epoki większego umiarkowania czy też mniejszego pobłażania.

Tak więc Brytyjczycy odzyskali zdolność trzeźwego podejścia do rzeczywistości i można mieć nadzieję, że ten stan potrwa na tyle długo, by to nadal godne podziwu społeczeństwo odzyskało swą dawną stabilność i wigor.

*Eva Hoffman urodziła się w Krakowie. W 1959 r. roku wraz z rodziną wyemigrowała do USA, gdzie pracowała m.in. jako historyk, wykładowca i dziennikarka. Obecnie mieszka w Londynie. W Polsce ukazały się jej książki „Zagubione w przekładzie”, „Tajemnica: [przypowieść na nasze czasy] ” i „Sztetl: [świat Żydów polskich”]

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':