http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mecz nad Limpopo

Wojciech Jagielski
2010-07-09, ostatnia aktualizacja 2010-07-07 14:43

Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Najstarsza ma 84 lata. Na boisku, chichocząc i piszcząc, puszcza się pędem za skórzaną piłką


Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Słońce stoi jeszcze wysoko na niebie, gdy w wiosce Nkawankawa, w cieniu rozłożystej, potężnej akacji, zbierają się staruchy. Nad rzeką Limpopo ludzie starzy, uważani są często za czarowników wchodzących w konszachty z siłami zła, które potem im służą. Groza, jaką wzbudzają, obraca się często przeciwko nim samym. Nierzadko kończą na stosach, paleni przez przerażonych sąsiadów.

W innej wiosce znad Limpopo staruchy pod akacją z Nkawankawy niechybnie zostałyby uznane za wiedźmy. Także z powodu ich niezwykłego zachowania i zwyczajów, tak bardzo odmiennych od tych, do których przywykli tutejsi. Zebrawszy się w krąg w cieniu drzewa, najpierw śpiewają, po czym zdejmują kobiece odzienie i zakładają kolorowe koszulki i buty z kołkami na podeszwach. Zrazu kuśtykając i powłócząc nogami, wychodzą spod drzewa na zalaną słońcem polanę, gdzie wyginają się w dziwacznych pozach, wymachują ramionami, żwawiej i żwawiej, aż wreszcie, odmienione i jakby odmłodzone, chichocząc i piszcząc, puszczają się pędem za skórzaną piłką, którą jedna z nich rzuca na trawę.

Staruchy z Nkawankawy nie wzbudzają jednak strachu wśród dzieci przyglądających się im zza płotu. Ani nawet zdziwienia u młodzieńców, którzy na ich widok posłusznie schodzą z polany, oddając ją kobietom do dyspozycji. W Nkawankawie wszyscy wiedzą, że przy piłkarskim stadionie zbierają się nie złe wiedźmy, ale raczej czarodziejki, którym w niezrozumiały nawet dla nich samych sposób udało się odmienić życie.

Chrestina Machebe ma 62 lata i jedenaścioro wnucząt, wciąż dorabia jako krawcowa. - Zanim zaczęłam tu przychodzić, ledwie się ruszałam - wspomina. - Dokuczał mi reumatyzm, powłóczyłam nogami, roztyłam się, a kiedy umarł mi mąż, nie mogłam zmrużyć oka, bo zaraz przychodził do mnie we śnie.

Najstarsza z kobiet, Nora Makhubela, ma 84 lata i przeżyła sześć wylewów, z których każdy coraz bardziej odbierał jej siły i chęć do życia. Nadciśnienie, na jakie cierpiała, sprawiało, że śmierć mogła po nią przyjść w każdej chwili, a więc trzeba się było na nią stale szykować.

Rosinie Maathithwe z 70 lat, jakie dobry Bóg dał jej przeżyć, ponad połowa zeszła na pracy na plantacjach bananów i mango. Zostawiła tam nie tylko pół życia, ale i zdrowie. Na starość sterane kości odmówiły jej posłuszeństwa.

Kiedy dowiedziała się, że inne staruchy zbierają się w Nkawankawie na polanie pod drzewem akacji, Angelina Thlope miała 70 lat i nie wstawała z inwalidzkiego wózka, do którego przykuł ją reumatyzm. Na pierwsze spotkanie z kobietami przyszła, podpierając się kulami. Teraz w błękitnej koszulce wciągniętej na pierś i butach z kołkami, zadzierając długą spódnicę, gnała za piłką, jakby ujęto jej lat.

Na spotkania staruch pod akacją przywozi ją córka, księgowa w biurze białego przedsiębiorcy z pobliskiego zamożnego miasta Tzaneen. Rówieśnica Angeliny, Violet Mfungene, na spotkania przychodzi sama, ale po gonitwie za piłką odprowadza ją do domu wnuk Maseko Kubone. Czeka pod akacją, przyglądając się, jak po polanie ugania się jego babka. Potem razem wracają do domu w wiosce, rozpamiętując po drodze udane zagrania i błędy, rozprawiając o wielkich meczach i wielkich zagranicznych piłkarzach.

- Kiedy babcia powiedziała mi pierwszy raz, że chce kopać piłkę, parsknąłem śmiechem - wspomina Maseko, zawodnik piłkarskiego klubu z Nkawankawy. - Niby jak to? Stare kobiety nie kopią w piłkę, stare kobiety nie biegają.

Staruchy z Nkawankawy namówiła do gry w piłkę Beka Ntsanwisi, która właśnie w taki sposób postanowiła ratować życie. Kiedy lekarze powiedzieli jej, że ma raka i może umrzeć, wpadła w rozpacz. Dopiero potem pojawił się gniew i upór. - Postanowiłam, że na przekór wszystkiemu będę żyła - mówi. - Trafiłam do szpitala, ale choć moja terapia się powiodła, wróciłam do domu ledwie żywa. Wychudłam, straciłam siły, chęć do życia. Znajoma lekarka ostrzegła mnie, że muszę coś ze sobą zrobić, zacząć uprawiać sport, zmusić ciało, by odżyło.

Wędrując na zabiegi do szpitala, spotykała inne kobiety znad Limpopo, schorowane, stare, tak samo jak ona niepotrafiące odnaleźć radości życia. Któregoś dnia, wracając ze szpitala, Beka Ntsanwisi postanowiła, że namówi je, by grać wspólnie w piłkę nożną. - Ciężko było je namówić. Wstydziły się, mówiły: co ludzie powiedzą - mówi Beka Ntsanwisi. - Ale kiedy już zaczęły grać razem w piłkę, a wieść o tym rozeszła się po całym Limpopo, nie mogłam opędzić się od kobiet z innych miasteczek błagających, że też chcą kopać piłkę.

Gimnastyka i gra w piłkę na polanie sprawiły, że staruchy odzyskały wigor i sprawność. - Nawet lekarze dziwią się, że moje babcie mają się tak dobrze - mówi Beka Ntsanwisi.

"Babcie", a w mowie miejscowego ludu Tsonga "vakhegula vakhegula" - taką nazwę nosi drużyna staruszek z Nkawankawy rozgrywających swoje mecze na polanie pod drzewem akacji.

- Czuję, jakbym dostała nowe życie. Odkąd tu przychodzę, by biegać za piłką, czuję się silniejsza i zdrowsza, spadło mi ciśnienie. Kiedyś cierpiałam na bezsenność, dziś, szczególnie po treningach i meczach, śpię jak niemowlę - mówi Chrestina Machebe. - Biegam jak antylopa. Chcesz się ścigać?

- Nie tylko lepiej się czuję, ale zyskałam przyjaciółki - potakuje, kiwając głową, Angelina Thlope. - Przedtem tkwiłam całymi dniami w domu, jak przedmiot. Teraz spotykamy się, radzimy się siebie, razem rozwiązujemy kłopoty.

Chrestinę Machebe koleżanki przezywają "Maradona", bo tak jak sławny argentyński piłkarz ogrywa rywali na boisku i strzela gole. Ale wołanie "Maradona" rozlega się na polanie nie tylko wtedy, gdy do piłki dopada Chrestina Machebe. "Maradona!" - wołają staruchy, ilekroć któraś z nich dopadnie piłki i kopnie ją właśnie tam, dokąd zamierzała.

Źródło: Duży Format
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy