Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan o Zbigniewie Brzezińskim?- Kiedy byłem kilkunastoletnim chłopakiem. Wtedy był dla mnie tylko doradcą prezydenta Cartera o dziwnym nazwisku.
A kiedy doradca prezydenta o dziwnym nazwisku stał się dla pana interesujący?- Byłem na studiach, miałem 21 lat. Jeden z moich profesorów bardzo go nie lubił. W Ameryce, tak po lewej, jak i po prawej stronie sceny politycznej, popularna jest pewna spiskowa teoria. Podobno Brzeziński i David Rockefeller, z pomocą Komisji Trójstronnej, stworzyli tajną organizację wywierającą wpływ na światową politykę. Mój profesor chyba w tę teorię wierzył. Na zaliczenie jego zajęć napisałem recenzję książki Brzezińskiego o Związku Radzieckim. Im bardziej zagłębiałem się w temat, tym bardziej czułem, że Brzeziński rozumie procesy zachodzące w XX wieku lepiej od jakiegokolwiek znanego mi intelektualisty.
Jaką ocenę pan dostał?- B, czyli polską czwórkę. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że napiszę kiedyś o Brzezińskim książkę.
W połowie lat 80. ludzie dobrze zorientowani w polityce wiedzieli o Brzezińskim mniej więcej tyle, że jest "jastrzębiem", że nienawidzi ZSRR i wpakował Cartera w kłopoty z Iranem. Republikanie mu nie ufali, bo był demokratą, a demokraci nie akceptowali go jako swojego, bo był "jastrzębiem". Uważałem, że należy mu się obrona. Brzeziński miał imponujące intelektualne przygotowanie i - jako doradca Cartera - niezwykłą okazję, by wpływać na kształt świata. Czas pokazał, że się nie mylił, zwłaszcza co do losów Związku Radzieckiego.
Brzeziński jest katolikiem?- Tak, ale chyba nie dogmatycznym, traktuje wiarę jako rodzaj osobistego poszukiwania. Uważa, że religijność, jeśli jest zbyt gorliwa, może być niebezpieczna. Kiedy w 1979 roku
Jan Paweł II przyjechał z pierwszą wizytą do
USA, zaprosił Brzezińskiego z całą rodziną na kolację do domu nuncjusza. Żartując ze znanego, przypisywanego KGB raportu, z którego wynikało, że to Brzeziński przesądził o wyniku konklawe, powiedział: "Skoro mnie pan wybrał, to proszę mnie odwiedzić". Na koniec tego spotkania Muszka, żona Brzezińskiego, zwróciła się do papieża - nie agresywnie, z szacunkiem - by wysłuchał modlitw kobiet, które chciałyby odgrywać w Kościele większą rolę.
Jest feministką?- Jest artystką, damą i bardzo mądrą kobietą. Myślę, że jest dla Brzezińskiego intelektualnym partnerem. Poznali się w połowie lat 50. On emigrant z Polski, ona - z Czechosłowacji, bratanica prezydenta Edvarda Beneša. Muszka, jak ją wszyscy nazywają, była pierwszym czytelnikiem i redaktorką wszystkich książek Brzezińskiego.
Czy są tematy, co do których się nie zgadzają?- Z tego, co wiem, Muszka szybciej oceniła negatywnie Busha juniora i jego wpływ na obraz Stanów Zjednoczonych na świecie. Brzeziński dał mu na początku kredyt zaufania ze względu na trudną sytuację międzynarodową po 11 września. Ale w obliczu wojny w Iraku doszedł do podobnych co ona wniosków.
A kto rządzi w domu?- Ich dzieci twierdzą, że oboje, każde na swój sposób. Muszka to nie jest typ kobiety, która rezygnuje z siebie. Jest w wieku Brzezińskiego i nadal pracuje. Na tyłach ich domu w McLean w stanie Wirginia ma imponującą pracownię. Rzeźbi piłą elektryczną w olbrzymich pniach drzew. Zazwyczaj można ją zastać w dżinsach, jeździ dużym pick-upem.
To jest niesamowity dom. Wypatrzyła go Madeleine Albright w 1977 roku, kiedy Brzeziński postanowił sprowadzić rodzinę z Nowego Jorku do Waszyngtonu. To była stara farma poza miastem. Przez ostatnie 20 lat otoczyły ją przedmieścia McLean, więc teraz wygląda to jak ranczo na Starym Żoliborzu. Miasto naciska, żeby Brzezińscy sprzedali część ziemi, ale oni uparcie odmawiają. Miewali tam już konie, kaczki, koty, psy biegające po ogrodzie. Dom jest urządzony stylowo z mnóstwem pamiątek rodzinnych. Ale zdarzało się, że koń wkładał głowę przez okno, żeby poskubać coś w kuchni, a z salonu widać drepczące po tarasie kaczki. Kiedy dzieci były małe, Brzezińscy zabierali wszystkie te zwierzęta ze sobą na wakacje w Maine. Wspominają, że ich auto z przyczepą wyglądało jak arka Noego. Nawet koń podróżował czasem z nimi.
Dlaczego pan zainteresował się Polską?- Mając jakieś dziesięć lat, przeczytałem dwie książki dla dzieci dotyczące Polski. "Ucieczka z Warszawy" opowiadała o losach sierot w okupowanej Warszawie. Druga - "Niekończący się step" - to historia żydowskiej dziewczynki po inwazji sowieckiej zesłanej na Syberię. Były smutne, ale zawładnęły moją wyobraźnią. Kiedy trochę dorosłem, powstała "Solidarność". Polska była nieustannie obecna w serwisach informacyjnych.
Miałem poczucie, że Brzeziński jest w Stanach niedoceniany. Zawsze był w cieniu Kissingera. A on w latach 1950-70 potrafił rozpoznać globalne trendy, grubo zanim zostały nazwane i opisane. W 1970 roku pisał o internecie, chociaż słowo internet jeszcze nie istniało. Nazywał go "world information grid". Rozważał, jaki wpływ może mieć na naszą cywilizację i jak USA powinny się przygotować na te zmiany. Fantastyczny tekst, w którym łączył wiedzę naukową ze zdolnościami pisarza science fiction. Prawie jak Kurt Vonnegut.