http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak Kaczyński wygra, to mnie wyleczą

Aleksandra Lewińska, Bydgoszcz
2010-07-07, ostatnia aktualizacja 2010-07-07 15:03

Remigiusz Thiede chciał od urzędników pieniędzy na leki i na rehabilitację. Nie dostał. Dlatego położył się na schodach urzędu gminy i czekał. - Jak Kaczyński wygra, szpitali nie sprywatyzują i będą mnie leczyć - krzyczał. Zmarł dzień po wyborach

55-letni Remigiusz Thiede zapowiadał, że będzie głodował do śmierci. 24 czerwca przyszedł do urzędu gminy w Pruszczu niedaleko Świecia (Kujawsko-Pomorskie). Chciał od opieki społecznej 440 zł zasiłku, który dostaje co miesiąc. Usłyszał, że pieniądze wypłacane będą następnego dnia i musi poczekać. Wtedy położył się przy głównym wejściu. Na poręczy zawiesił kartony, na których odręcznie napisał: "Uwaga! To jest protest głodowy przeciwko przestępczemu łamaniu, wręcz deptaniu, praw człowieka przez aroganckich urzędników (...) na wzór totalitaryzmu - ponoć minionego - komunosocjalizmu. Bo niestety - ale taki jest cały rząd Tuska".

Agitował na rzecz Jarosława Kaczyńskiego. - Powtarzał, że tylko on zapewni publiczną służbę zdrowia i wtedy będzie mógł się leczyć i żyć godnie - mówi Franciszek Koszowski, wójt gminy Pruszcz.

Z wójtem Thiede rozmawiać nie chciał. Chyba że w obecności mediów. Wywiesił przy swoim legowisku kartkę, że pozwala się fotografować i filmować. Ale żadna telewizja się nie zgłosiła.

Koszowski: - Oprócz stałego zasiłku Thiede dostawał od nas też celowy, na leki. W tym miesiącu 120 zł, ale bywało, że 200 i więcej. Ale chciał jeszcze więcej. Zażyczył sobie pokrycia pełnych kosztów wyżywienia, 700 zł na leki i wożenia przez dwa tygodnie na rehabilitację do Bydgoszczy. Nie mogłem mu nic więcej dać. Mam w gminie rolników, którzy muszą wyżyć z emerytury podobnej do zasiłków, które on dostawał. I sobie radzą. Wiedziałem, że ma chore serce, załatwiłem mu lekarza.

Thiede podczas protestu chodził też do przychodni na zastrzyki. - Strasznie krzyczał na pielęgniarkę - mówi Koszowski.

Sprzedawczyni ze sklepu papierniczego Pelikan naprzeciwko urzędu obserwowała Thiede codziennie. - Miał plan. Rano mówił: "Dziś będzie o spadających samolotach". I cały dzień o Smoleńsku pokrzykiwał - mówi.

W pierwszą sobotę lipca Thiede zamazał słowo "głodowy" i dopisał, że tego dnia zaczął jeść. Urzędnicy częstowali go kanapkami, pracownicy opieki społecznej nalewali codziennie przed wyjściem z pracy herbaty do termosu. I namawiali do powrotu do domu. Podobnie jak pielęgniarki, policja, rodzina i sąsiedzi.

80-letnia sąsiadka, która przyjechała do gminy po zapomogę: - Też mam syna kalekę, renty nie dostał. Ale co komu siedzenie pod urzędem da? Wołałam: - Sąsiad, do domu. Ani drgnął.

W poniedziałek Thiede zmarł. Ciało znalazł pracownik gospodarczy, który przyszedł przed godz. 7 rano otworzyć urząd. Ludzie mówią, że tak bardzo zdenerwowały go wstępne wyniki wyborów prezydenckich.

- Prokurator twierdzi, że zmarł na zapalenie jelita cienkiego - mówi Angelika Thiede, 25-letnia córka Remigiusza. - Pewnie, że się wyborami zdenerwował, ale nie tak, żeby od tego umierać. Mówił, że jak wygra Komorowski, to tak jakby wygrał Tusk. A jak wygra Tusk, to Polską będzie rządził Putin. Ale może coś ten jego protest dał. Jak tata strajkował, śmiali się z niego. On powtarzał: "Mój trup będzie głośniej krzyczał, niż żywy ja". I chyba miał rację. Teraz ludzie robią z niego bohatera. Nie jemu jednemu tu nie starcza nawet na leki.

Rozumie go Bogdan, sąsiad, na oko pięćdziesięciolatek, trzy lata temu potrącony przez pociąg. Bez prawej nogi i oka. - Też walczę o rentę. Nie mam za co żyć. Na rehabilitację nie jeżdżę, bo nie stać mnie na dojazd. Ale w tym upale bym nie siedział.

Thiede mieszkał w Bagniewie, sześć kilometrów od Pruszcza. W starym, sypiącym się domu z żoną, synem oraz córką, jej narzeczonym i ich dwójką dzieci. W Pruszczu ludzie wiedzieli, że spędził ponad 20 lat w więzieniu i pracą się nie zhańbił. - Na początku skazali go niewinnie za napad na bank w Kotomierzu, nawet odszkodowanie za ten wyrok dostał. Potem siedział, bo kradł. Mówił, że zabiera bogatym, czyli komuchom, bo ci się dorobili - mówi Angelika Thiede. - Ja na kuroniówce, narzeczony pracuje na czarno, od dwóch tygodni o wypłatę nie może się doprosić. Mama pojechała kilka miesięcy temu do Niemiec na truskawki. Musimy skołować pieniądze i jechać po nią, na pogrzeb. Garnitur trzeba ojcu do trumny kupić, też musimy pożyczyć.

W gminie Pruszcz wygrał Komorowski. - Proporcje ułożyły się 2200 głosów do 1400 - mówi wójt.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 106 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':