Dawno w kościołach nie było takiej mobilizacji. W "Gazecie" opisaliśmy raptem kilka przypadków. Np. księdza Jerzego Gardy, który w kościele w Kraśniku przekonywał w niedzielę wyborczą, że tylko
Radio Maryja wie, na kogo głosować, i porównał Bronisława Komorowskiego do szatana. Czy proboszcza z Sokołów na Podlasiu, który ostrzegał, że kto zagłosuje na Komorowskiego, popełni grzech. Podobnie było w kościołach na Suwalszczyźnie czy w Gorlicach.
Ten wątpliwy katechizm często skutkował. Wyborcza mapa pokazuje, gdzie słowo proboszcza jest święte. W gminie Sokoły Kaczyński znokautował Komorowskiego w obu turach: w pierwszej dostał 75 proc. głosów, w drugiej - 85 proc.
Kaczyński triumfuje m.in. w Małopolskiem, Podkarpackiem, także we wsiach i w małych miejscowościach, gdzie księża najczęściej pozwalali sobie na nachalną agitację.
Zaangażowanie kościelnych "dołów" w kampanię to coś więcej niż incydenty. Od katastrofy smoleńskiej przykład szedł z góry: biskupi rozliczający krytyków zmarłego prezydenta - świadomie lub nie - grali dla kandydata
PiS. Na czele z przewodniczącym Episkopatu abp. Józefem Michalikiem, który na mszy żałobnej ubolewał nad tym, że "naród przez własnych synów był niejednokrotnie boleśnie wyszydzany jako ten, który stróżem majestatu Rzeczypospolitej uczynił człowieka niepasującego do ich kryteriów współczesności".
Niektórzy hierarchowie wprost wsparli kandydata PiS, jak bp Kazimierz Ryczan na antenie lokalnego radia. W Kościele narastała atmosfera mobilizacji, w kazaniach wracał motyw "przebudzenia" narodu z rzekomego snu, wspólnoty państwa i Kościoła, którą podkreślali w czasie żałoby także prawicowi publicyści. Na tej fali płynął
Jarosław Kaczyński.
Kościół podsycał też retorykę męczeńskiej śmierci ofiar smoleńskiej katastrofy. - To są męczennicy, którzy szli wezwaniem historii, by tę historię dopełnić - mówił na pogrzebie jednego z tragicznie zmarłych bp Stanisław Stefanek. Chociaż z teologicznego punktu widzenia to nadużycie, niemal nikt z duchownych nie protestował.
Polska jest pęknięta na pół. Z głębszymi podziałami wychodzi też z wyborów Kościół. Abp
Józef Życiński przez ostatnie tygodnie niestrudzenie walczył z upolitycznieniem religii. W niedzielę mówił: - To żenująca wizja katolickiego kraju, w którym straszy się, że kilkanaście milionów Polaków chodzi w stanie grzechu ciężkiego, bo oddali głos nie tak, jak ktoś sobie życzył.
Bp Tadeusz Pieronek uznał wczoraj, że prezydentura Komorowskiego będzie "spokojna", ale już abp Sławoj Leszek Głódź wyraźnie stanął po stronie PiS. Pytany przez KAI, czy teraz "Polsce grozi monopol jednej partii", odparł, że "nie tylko monopol partii, ale monopol pewnej wyniosłości, pogardy, co było zauważalne w ostatnich paru latach, a także jeszcze za czasów Unii Wolności", co jego zdaniem "generuje dewiacje, pogardę i bufonadę". Zapewnił też, że "Kościół będzie bronił najsłabszych, bo nie tylko ma do tego prawo, ale jest to wręcz jego obowiązek".
Jak się w kampanii okazało, ci "najsłabsi" to dla znacznej części Kościoła otoczenie Jarosława Kaczyńskiego. Do ich "obrony" wytoczono najcięższe działa, łamiąc zasadę politycznej neutralności Kościoła.
Co dalej? Zabrakło głosu całego Episkopatu. Ze względu na ciszę wyborczą, która wypadła w czasie obrad biskupów, oględnie przypomniano tylko "o odpowiedzialności za Polskę, która powinna się wyrazić m.in. przez udział w wyborach". A przydałby się stanowczy apel o niewykorzystywanie Kościoła - także przez jego księży - w propagandzie.
Wątpliwe, by księża agitujący w małych społecznościach zostali zganieni, skoro nawet na uroczystości kościelnej tej rangi co msza beatyfikacyjna ks. Popiełuszki dopuszczono do tego, by na ulotkach rozdawanych wiernym znalazło się zdjęcie Lecha Kaczyńskiego modlącego się przed grobem ks. Jerzego.
Jeśli biskupi nie wyciągną z tej kampanii wniosków, powtórka - która niechybnie czeka nas przed wyborami parlamentarnymi - może poważnie zachwiać autorytetem Kościoła.