Libańczyk Ibrahim Bassal dowiedział się, że jest poplecznikiem Hitlera, kilka dni temu, gdy do jego sklepu w berlińskiej dzielnicy Neukölln weszło kilku ubranych na czarno młodych ludzi. Byli agresywni i grozili właścicielowi: - Ty nacjonalisto! Krzewisz nazizm!
Ich wizytę sprowokowała wielka flaga zwisająca od piątego piętra aż do chodnika na elewacji kamienicy, w której jest sklep Bassala. Libańczyk i jego znajomi wywiesili ją przed meczem
Niemcy - Ghana.
W czasie mundialowej gorączki na niemieckich ulicach wręcz roi się od czarno-czerwono-złotych flag. Zdaniem socjologów Niemcy przestali się wstydzić narodowych symboli, do których wcześniej ze względu na pamięć o III Rzeszy podchodzili z dystansem.
Flagi narodowe wywieszają zarówno rodowici obywatele, jak i przybysze z Bliskiego Wschodu czy Afryki. Budki z kebabami i flagą Niemiec są dowodem, że integracja cudzoziemców przebiega lepiej, niż sądzono.
Jednak goście w sklepie Bassala - lewicowi ekstremiści - kazali Libańczykowi ściągnąć flagę. Gdy ten odmówił, próbowali ją nocą podpalić, a następnego dnia odcięli. Bassal i jego znajomi wywiesili flagę na nowo i wystawili przed kamienicą warty. - Mieszkam w Berlinie od dziesięcioleci, tu urodziły się moje dzieci, więc kibicuję Niemcom. Dlaczego robią ze mnie nazistę? - pyta.
Podobny problem mają setki mieszkańców imigranckich dzielnic Berlina - Neukölln i Kreuzbergu, które są równocześnie bastionami skrajnej lewicy. Jej aktywiści w imię walki z globalizacją, nierównością społeczną i nazizmem regularnie ścierają się z policją albo podpalają
samochody. Z niemieckimi flagami walczą od dobrych dwóch tygodni - zrywają je z domów i aut, wybijają nawet szyby w oknach, w których wywieszono niemieckie barwy. Policja i mieszkańcy są bezsilni, bo zamaskowani lewacy atakują nocą i w małych grupach.
- To tak samo nowe zjawisko jak wywieszanie niemieckich flag przez Turków i Arabów. Jakikolwiek przejaw patriotyzmu lewacy traktują jako pierwszy krok do odbudowy III Rzeszy - mówi Lutz Schnedelbach, dziennikarz "Berliner Zeitung".
W internecie ogłoszono nawet zawody na największą ilość zerwanych flag. Z liczbą 1657 trofeów prowadzi Kommando Kevin-Prince Boateng Berlin-Ost. - Dotąd lewacy uważali się za obrońców Turków i Arabów przed niemieckimi ksenofobami, a ci przeszli na stronę wroga i wywieszają znienawidzone flagi. Lewicowcom nie mieści się w głowach, że cudzoziemcy mogli się zintegrować - ocenia Jörg Lau, publicysta "Die Zeit".
Niemiecka skrajna lewica coraz bardziej się radykalizuje i staje się równie niebezpieczna jak neonaziści. Jak wynika ze statystyk
policyjnych, liczba przestępstw popełnianych przez lewaków gwałtownie rośnie. W maju podczas demonstracji ulicznych po raz pierwszy zaczęli strzelać do policjantów.
Czy wojna o flagi zniechęci imigrantów do integrowania się ze społeczeństwem? Lau: - Nie sądzę. Większa część społeczeństwa kibicuje imigrantom w tym sporze. Ponadto gole dla Niemiec zdobywają głównie piłkarze z imigranckimi korzeniami. To znak, że nie trzeba być rodowitym Niemcem, by w tym kraju do czegoś dojść.