Marcin Bosacki: Amerykańska prawica alarmuje, że Barack Obama "europeizuje USA". Ameryka powinna się martwić? Brian Anderson: Tak. Przez półtora roku rządów Obama przeprowadził lub starał się o reformy, które zwiększają rolę rządu centralnego. To pójście w kierunku modelu europejskiego. Najbardziej wyraźnym tego dowodem jest kształt reformy zdrowia, ale też propozycje zwiększenia kontroli państwa nad telewizjami i internetem, nad rynkami finansowymi. Proszę spojrzeć na ratowanie banków za miliardy podatników, zaczęte zresztą już za Busha, na faktyczne przejęcie przez państwo General Motors, na szykowaną reformę w energetyce. Nie mówię, że wszystko, co proponuje Obama, jest okropne, ale kierunek jest jasny - więcej państwa. To kierunek socjaldemokratyczny - choć w wersji miękkiej, bo Ameryka to jednak nie Europa.
Wielu Europejczykom, a i całkiem sporemu gronu Amerykanów, większa rola państwa się podoba, uważają, że ostatni kryzys został wywołany przez zbyt mały nadzór państwa. - Ależ przecież ten kryzys nadal pokazuje, w Grecji i innych krajach Europy, że model socjaldemokratyczny jest na dłuższą metę do utrzymania tylko wówczas, gdy w społeczeństwie jest wielu 20-, 30-latków, a mało 60-, 70-latków. Niestety, i
USA, i - zwłaszcza - Europa od takiego modelu demograficznego odbiegają.
Polityka Obamy grozi spowolnieniem naszego wzrostu gospodarczego. Na dłuższą metę będzie tak mizerny jak w Europie, a nie jak tradycyjnie to było w USA - około 5 proc. A także, że bezrobocie, zamiast spaść po kryzysie, jak zawsze, do 4 czy 5 proc., utrzyma się na wysokim poziomie - znów jak w Unii.
W USA są stany, gdzie już się tak dzieje. Nowy Jork, Kalifornia, Illinois - te stany 30 lat temu były wśród najbogatszych. Dziś najciężej przechodzą kryzys właśnie dlatego, że od lat postawiono tam na rozwiązania lewicowe.
Nie zauważa pan, że w skali kraju i świata kryzys finansowy został częściowo spowodowany przez brak rozsądku sektora prywatnego? Nie widzi pan skandalu w tym, że 40 mln Amerykanów nie ma ubezpieczenia zdrowotnego? - Część, zwłaszcza młodych, nie kupuje ubezpieczeń, bo uważa, że nie są im potrzebne. Ale owszem - większość z tych 40 mln po prostu nie stać na ubezpieczenia. I zgadzam się - to jest duży problem. Pytanie, jak się z nim zmierzyć. Nie trzeba było tak mocno zwiększać roli państwa, czego efektem będzie ponad bilion dolarów wydatków dla budżetu i wzrost kosztów opieki zdrowotnej dla wszystkich.
Gospodarka USA, tak jak po wszystkich poprzednich recesjach, zaczęła już szybko rosnąć. Ale tym razem bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie prawie 10 proc., firmy zwiększają liczbę godzin starym pracownikom, ale nie zatrudniają nowych. Dlaczego? Bo boją się kosztów reform Obamy, zwłaszcza zdrowotnej. Te koszty zwiększy im każdy nowy zatrudniony - i to długoterminowo.
To jeden z podstawowych problemów socjaldemokratycznego systemu w Europie - rynek pracy nie jest elastyczny, bo dodatkowe koszty pracy są wysokie. Obama pcha nas w tym kierunku.
A były lepsze pomysły. Prawicowy gubernator Indiany Mitch Daniels rozpoczął tam reformę ze zdrowotnymi rachunkami oszczędnościowymi, trzeba było otworzyć rynek ubezpieczeń na konkurencję z innych stanów, z czego, niestety, Obama zrezygnował. Ale zgadzam się, że Obama i Demokraci spróbowali zmierzyć się z realnym problemem. Republikanie, zamiast krzyczeć "nie!", powinni lepiej promować rozwiązania alternatywne.
Wracam do pytania - co z wybrykami Wall Street? - My w "City Journal" byliśmy bardzo krytyczni wobec najbardziej ryzykownych, głupich praktyk Wall Street długo przed kryzysem. Nasza autorka Nicole Gelinas pisała o nich jako jedna z pierwszych w kraju. Zajmowaliśmy się nimi też dlatego, że przez ostatnie dekady Nowy Jork, miasto, na którym nam zależy, coraz bardziej uzależniał się od premii dla szefów Wall Street. Były ogromne, ale opodatkowane, więc wpływy miasta z nich też były wielkie. Chory układ.
Chciwość Wall Street to jedna z przyczyn kryzysu. Ale niejedyna. Inną była działalność kredytowa Fannie Mae i Freddie Mac, firm de facto państwowych. Kolejną - szara strefa na styku firm finansowych, instytucji państwowych, które miały je regulować, i polityki, zresztą obu partii. Przez ostatnie 25 lat system finansowy USA stał się bardzo mało przejrzysty.
My popieramy sensowne reformy uniemożliwiające funduszom grę skomplikowanymi instrumentami na miliardy bez kapitału na pokrycie swych działań. Ale Waszyngton nie proponuje najbardziej koniecznych reform, np. takich, by wielkie firmy finansowe, jeśli są źle zarządzane, po prostu upadały. Zgubny proceder, że gdy wielki bank ma kłopoty, to zawsze dostaje pomoc rządu, zaczął się, niestety, już w latach 80. Za George'a Busha juniora i Obamy stał się rutyną. To zachęcanie do podejmowania nadmiernego ryzyka: "I tak państwo mnie uratuje". - Demokraci proponują nam dziś system, w którym to Waszyngton będzie zarządzał rynkiem finansowym. To zabije dobrobyt, instytucje finansowe przeniosą się do Azji.
A może Obama po prostu próbuje przywrócić dominację polityki demokratycznej nad bliskimi prawicy wielkimi grupami interesów, zwłaszcza biznesem? - Ten zarzut jest śmieszny. Jaki wielki biznes?
Hollywood? Jeden z największych przemysłów Ameryki, w zdecydowanej większości prodemokratyczny. Wall Street? Dał w kampanii więcej pieniędzy Obamie niż McCainowi. Demokratyczne "chronienie" społeczeństwa przed domniemanymi lub prawdziwymi zagrożeniami ze strony wielkiego biznesu zawsze kończy się zwiększeniem władzy Waszyngtonu. A tak naprawdę zwiększeniem interesów Partii Demokratycznej, do których zaliczam bliski jej biznes, wielkie związki zawodowe, przemysły zarabiające na opiece społecznej.
Zdaniem lewicy obecna katastrofa w Zatoce Meksykańskiej to efekt zbyt małej kontroli państwa nad "rozpuszczonymi przez Busha" koncernami naftowymi. Zgadza się pan? - Koncerny musiały szukać złóż daleko w głębi morza z powodu regulacji rządowych, które ograniczały wydobycie na płytkich wodach, gdzie ryzyko jest mniejsze. Po katastrofie trzeba było oczywiście sprawdzić procedury bezpieczeństwa, ale zamykanie na pół roku wszystkich odwiertów na morzu? Przecież potrzebujemy energii! Jestem za znacznym zwiększeniem energii atomowej, ale ten kraj przez ostatnie 30 lat o tym nie myślał. Obama też wykonuje tu ruchy minimalne.