Czytaj blog autora Rzadko kiedy losy dwóch krajów układają się w tak zbieżny sposób. Zarówno Polska i
Niemcy niespodziewanie znalazły się bez prezydentów. Kandydaci na ich następców, których wystawili do wyścigu, szefowie rządów, choć w polityce byli starymi wygami, to nie spełnili do końca pokładanych w nich oczekiwań. O Christianie Wulffie i Bronisławie Komorowskim prasa pisała tak samo: że są jowialni, bezbarwni, pozbawieni charyzmy.
Lepszych kandydatów w CDU i PO nie było. Zarówno Tusk i Merkel wykosili ze swoich partii potencjalnych rywali. Ławka kandydatów na następcę była króciutka
Od ich powodzenia w wyścigu zależała polityczna przyszłość polskiego premiera i niemieckiej kanclerz. Wybory to w końcu nie tylko test na ich polityczną skuteczność ale i powszechne wotum zaufania. Merkel z próby wyszła wczoraj zwycięsko, choć dziś musiała obudzić się na kacu.
Powód? Wczoraj Wulff przeszedł dopiero w trzeciej turze. Przeciwko niemu głosowało kilkudziesięciu elektorów wystawionych przez jego partię CDU. To gorzkie zwycięstwo, wręcz policzek, ale pani kanclerz raczej to przeżyje.
W jakim nastroju obudzi się w poniedziałek
Donald Tusk? Pewno też na kacu. Mam nadzieję, że nie na większym niż Merkel dzisiaj. Że Komorowski, tak jak Wulff, mimo wszystko wygra. A polsko-niemieckie podobieństwa się dopełnią.
P.S. Nie pasują do siebie jedynie kontrkandydaci. O pastorze Gaucku nawet chadecy nie powiedzą złego słowa. Niemcy go szanują, także za przyzwoitość i niezmienność poglądów. Nie mogę sobie wyobrazić, by Gauck powiedział o Die Linke, że to porządna partia lewicowa, albo, by mówił, że Honecker był patriotą. Jarosławowi Kaczyńskiemu podobne słowa przeszły przez gardło.