Ustawa autorstwa Mieczysława Wilczka z 1988 roku była dwukrotnie przywoływana w telewizyjnych debatach przez prezesa
PiS Jarosława Kaczyńskiego jako przełomowy akt prawny. Jego zdaniem Polsce potrzebna jest teraz podobna ustawa, aby znieść bariery w rozwoju przedsiębiorczości.
Ale wczoraj niespodziewanie sam Wilczek pojawił się w sztabie wyborczym kandydata PO. Jak tłumaczył, przyszedł tam sam, bo ludzie zaczepiali go na ulicy, a ktoś pytał: czy całkiem zgłupiał i chce głosować na Kaczyńskiego. - Nie chcę głosować na Kaczyńskiego, bo on kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z przedsiębiorczością - stwierdził Wilczek.
Przypomniał też, że
Jarosław Kaczyński, mówiąc o nim, nie przypomina, że był ministrem przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego (ostatnim rządzie PRL). Mówił również, że za rządów Jarosława Kaczyńskiego przedsiębiorców traktowano z najwyższą podejrzliwością.
- Wzywam wszystkich przedsiębiorców do głosowania za kandydaturą Bronisława Komorowskiego - skończył Wilczek.
Na konferencji prasowej Adam Szejnfeld (PO) wymieniał grzechy rządów PiS wobec przedsiębiorców. Mówił, że to partia Kaczyńskiego zablokowała dziewięć ważnych projektów, w tym m.in. pakt na rzecz przedsiębiorczości, projekt ustawy o działalności gospodarczej, a także wstrzymywała prywatyzację.
Z kolei prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO) zagroziła wczoraj kandydatowi PiS sądem. O co chodzi? Kaczyński w niedzielnej i środowej debacie telewizyjnej powtarzał, że działania miasta wobec kupców z KDT były całkowicie nielegalne (kupcy zostali wyrzuceni z hali na placu pod Pałacem Kultury i Nauki). Prezydent miasta przypomniała, że działania miasta wynikały z prawomocnego wyroku sądu i egzekucji komorniczej.
Tymczasem marszałek Komorowski w przedostatni dzień kampanii odwiedzał kurorty nad Bałtykiem. W otoczeniu młodzieżówki PO agitował za udziałem w wyborach. W Rewalu - gdzie frekwencja w pierwszej turze wynosiła 82 proc., przypominał, że on już odebrał zaświadczenie umożliwiające głosowanie poza domem. - Chciałem prosić, aby pokazać, że Polacy, nawet wypoczywając, ciesząc się wakacjami, potrafią uczestniczyć w procedurach demokratycznych - mówił.
W Rewalu w pierwszej turze 20 czerwca głosowało więcej turystów niż zameldowanych mieszkańców. - Tutaj są rodacy, którzy przyjechali nad polski Bałtyk wbrew propozycjom, by jechali do Egiptu. Chciałem zapewnić, że jeśli Polska nadal będzie rozwijała się tak jak teraz, to będzie nas stać na jeżdżenie do każdego egzotycznego kraju. Ale jestem też przekonany, że zawsze polscy politycy będą namawiali, żeby wypoczywać przede wszystkim nad polskim Bałtykiem - mówił kandydat PO. Nawiązał w ten sposób do obietnic Jarosława Kaczyńskiego na marcowym kongresie PiS w Poznaniu, kiedy mówił, że jak PiS zwycięży, to Polacy zaludnią plaże Egiptu i Tunezji.
W Niechorzu Komorowski rozmawiał z właścicielami prywatnych kwater. Z Mrzeżyna popłynął motorówką do Kołobrzegu, odwiedził też grób posła PO Sebastiana Karpiniuka, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Potem odwiedził stadion, który otrzymał imię posła.
Z kolei w Bielsku Podlaskim, Białymstoku i Sokółce do głosowania na męża namawiała Anna Komorowska. W stolicy Podlasia spotkała się z żonami polityków samorządowych i parlamentarzystów w pijalni czekolady. Pytana, w jaki sposób chce wypełniać obowiązki pierwszej damy, stwierdziła: "Jestem Anna Komorowska i zamierzam pozostać sobą".