W gospodzie U Starego Harry'ego na rogatkach miasteczka wieczorami spotykają się ogorzali, spracowani biali mężczyźni w bejsbolowych czapkach i ciężkich buciorach. Pociągając z butelek piwo, zerkają na ekran ustawionego przy barze telewizora, na którym kolejne mecze rozgrywają uczestniczące w mundialu zagraniczne drużyny.
- Póki grali nasi, ciekawiło mnie jak sobie radzą - przyznaje farmer Willem. - Życzyłem im wygranej, bo to w końcu reprezentacja Południowej Afryki. Ale odkąd odpadli, nie wiem nawet kto tam dalej gra i wolę jak Harry przełączy na rozgrywki rugby. Naszym rugbistom kibicuję nie tylko dlatego, że są nasi, ale są najlepsi na świecie.
W epoce apartheidu rugby - narodowy sport białych Afrykanerów - dla czarnoskórych mieszkańców RPA stało się synonimem upokorzeń i dyskryminacji. Bojkotowani przez świat południowoafrykańscy rugbiści wrócili do międzynarodowych turniejów dopiero po upadku apartheidu, a w 1995 r. wygrali mistrzostwa świata zorganizowane w uwolnionej z izolacji Południowej Afryce. W 2007 r. we Francji drużyna "springboków" z RPA znów wygrała mistrzowski turniej.
Gdy w Johannesburgu, Kapsztadzie i Durbanie toczy się mundial, południowoafrykańscy rugbiści grają mecze towarzyskie. "Zdemolowali" zawsze mocnych Francuzów, dwukrotnie rozgromili zaliczanych do czołówki Włochów. Kibice "springboków" zacierają ręce na mecz z Nową Zelandią, odwieczną i jedyną godną rywalką Południowej Afryki. - Piłka nożna to zajęcie dla mięczaków - tłumaczy Harry. - Prawdziwi mężczyźni grają w rugby.
W Ventersdorp, żyjącym z okolicznych farm, mieszka kilka tysięcy białych Afrykanerów i 20-30 czarnoskórych rodzin, które po upadku apartheidu przeprowadziły się tu z czarnego przedmieścia Tshin, przeznaczonego jako siedlisko robotników rolnych i służby. W Tshin, włączonym po upadku apartheidu do Venetrsdorpu, żyje dziś kilkanaście tysięcy czarnych.
Z Tshin pochodził Meshak Mbambalala, który w 1995 r. został wybrany pierwszym czarnoskórym burmistrzem Ventersdorpu. Odwiedziłem go wtedy w jego chacie. Nie miał jeszcze trzydziestki, żadnego doświadczenia i bał się, jak przyjmą go biali mieszkańcy, gdy będzie wprowadzał się do ratusza.
- Od tamtego czasu zmieniło się tylko to, że we władzach miasta zasiadają praktycznie sami czarni - mówi rajca Tommy Lerefolo, który wciąż mieszka w Tshin. Podobnie jak Mbambalala, który złożył już urząd. - Zgodny i pojednany Lud Tęczy, który próbował wskrzesić Nelson Mandela, w Ventersdorpie nigdy nie powstał. Biali i czarni wciąż żyją tu osobno, swoimi sprawami - tłumaczy Tommy.
Wieczorami Ventersdorp pustoszeje. Czarnoskórzy ekspedienci ze sklepów przy głównej ulicy wraz z powracającymi z farm robotnikami rolnymi wynoszą się do Tshin. Tylko w uczęszczanym przez czarnych barze Wimpy do późnej w nocy gra telewizor, na którym kibice oglądają mundial. W całym miasteczku tylko tam słychać od czasu do czasu ryk vuvuzeli - plastikowych trąb, w które dmą kibice.
Wraz ze zmierzchem biali farmerzy zamykają się w swoich domach rozrzuconych wśród 17 kościołów, jakie pobudowano w kilkutysięcznym mieście. Większość farmerów posiada też
domy na farmach wokół Ventersdorpu. Od jakiegoś czasu farmerzy wolą jednak mieszkać na stałe w miasteczku, a na farmy udają się tylko po to, by doglądać pracy. Nawet w czerwcu, gdy zaczęły się żniwa kukurydzy oraz słoneczników i muszą spędzać na polu więcej czasu, na noc starają się wracać do miasta.
Ci, którzy przed spoczynkiem zaglądają jeszcze, by napić się U Starego Harry'ego, przyglądając się triumfom ukochanej drużyny rugby, narzekają na czarny rząd w Pretorii. Władze odmawiają subsydiowania rolnictwa, a bez takiego wsparcia coraz trudniej konkurować z tanią bo dotowaną przez rząd kukurydzą z Ameryki.
- Ceny kukurydzy spadają rok w rok, przestaje się opłacać praca na farmach - narzeka Willem. - Chcą się nas stąd pozbyć. Nie będą musieli nikogo wywłaszczać jak w
Zimbabwe. Po co im międzynarodowy skandal. Ale i tak doprowadzą do tego, że zaczniemy sprzedawać niedochodowe farmy i stąd wyjeżdżać.
Od pierwszych wolnych wyborów w 1994 r., które przypieczętowały kres apartheidu, z Południowej Afryki wyjechało prawie milion białych - jedna piąta całej białej ludności kraju.
Czarni robotnicy białych farmerów, przy piwie i telewizyjnych transmisjach z mundialu, narzekają w Wimpym, że pracują za półdarmo, że niektórzy pracodawcy w ogóle odmawiają im pensji, a po żniwach przeganiają z pól i farm. I po staremu wyzywają ich od "czarnuchów".
Taki był Eugene Terreblanche, samozwańczy wódz Afrykanerów z Ventersdorpu. Mimo że od upadku apartheidu minęło już 20 lat, wciąż nie uznawał nowych porządków i podburzał rodaków, by domagali się wykrojenia z dawnego Transwalu niezależnej republiki burskiej. Terreblanche przewodził też Afrykanerskiemu Ruchowi Oporu - kojarzącej się miejscowym czarnoskórym z amerykańskim Ku-Klux-Klanem.
W ostatnią Wielką Sobotę został zamordowany na własnej farmie przez dwóch robotników rolnych, którym odmówił zapłaty. Czarni robotnicy z Wimpy'ego twierdzą, że sam prosił się o kłopoty - butą, rasizmem, brutalnością, z jaką odnosił się do czarnych.
Zdaniem białych siedzących U Starego Harry'ego śmierć Terreblanche'a stała się głośna tylko dlatego, że choć nie miał już żadnego znaczenia, to wciąż był znanym politykiem.
- Wszyscy krzyczą o krzywdzie białych farmerów z Zimbabwe. A ilu ich tam zginęło? Kilkunastu? - mówi Willem. - A u nas, od wyborów w 1994 r. zginęło już ponad 3 tys. białych farmerów, więcej niż brytyjskich żołnierzy w Iraku i Afganistanie razem wziętych. Mam nadzieję, że zabójstwo Terreblanche'a otworzy ludziom oczy na to, co dzieje się na farmach.
- Mam nadzieję, że zabójstwo Terreblanche'a otworzy wreszcie ludziom oczy na to, co dzieje się na farmach - powtarza w barze Wimpy te same słowa rajca Tommy Lerefolo. - Wszędzie wszystko się zmienia, tylko my żyjemy tak, jakby nic się nigdy nie zdarzyło.