Joanna D., Teresa S. oraz Zbigniew Sz. - główny pomysłodawca szantażowania znanego scenarzysty i senatora PO - przyszli wczoraj do sądu dla Warszawy-Śródmieścia tuż przed 11. Przed salą byli kamerzyści i fotoreporterzy. Kobiety zakrywają twarze. Tylko Sz. nie ukrywa się przed kamerami. Mocno zbudowany siwy mężczyzna po pięćdziesiątce, w różowej koszulce polo. - Jestem niewinny - mówi do dziennikarzy. Na rozprawę nie przyszedł Piesiewicz, który w sprawie występuje jako pokrzywdzony i oskarżyciel posiłkowy. Przyszli tylko reprezentujący senatora mecenasi Czesław Jaworski i Krzysztof Stępiński.
Proces ze względów obyczajowych jest tajny. Pierwsza rozprawa zakończyła się szybko, stwierdzeniem, że ponieważ Zbigniew Sz. nie ma adwokata, sprawę trzeba będzie przełożyć do momentu znalezienia mu obrońcy z urzędu. Następny termin - 15 sierpnia.
- Media zrobiły wielką krzywdę mojemu klientowi - powiedział przed rozprawą dziennikarzom mec. Stępiński.
"Sprawa Piesiewicza" zaczęła się od publikacji w "Super Expressie" w grudniu 2009 r. "SE" napisał o filmie, którym od ponad roku szantażowany był senator. Na swojej stronie internetowej umieścił obszerne fragmenty nagrań - widać na nim Piesiewicza w towarzystwie dwóch kobiet (jedną z nich była Joanna D.) Polityk wyraźnie czymś zamroczony daje się przebrać w damską sukienkę i wciąga nosem rozsypany na stole biały proszek. Decyzja o publikacji materiału, którego wcześniej nie chciało od szantażystów kupić kilka gazet i jedna z prywatnych telewizji, wywołała ostrą krytykę. Redakcji "Super Expressu" zarzucono, że stanęła w jednym szeregu z szantażystami. Tych ostatnich już wtedy zatrzymała
policja, gdy Piesiewicz miał im przekazać kolejną transzę pieniędzy.
Historia szantażowania senatora zaczęła się latem 2008 r. od poznania Joanny D. pod hotelem Marriott. Kobieta w domu senatora była kilka razy, na jedno ze spotkań sprowadziła koleżankę - striptizerkę. Wtedy nagrała telefonem komórkowym film.
Zrobiła to namówiona przez Zbigniewa Sz., któremu opowiedziała o swoich spotkaniach ze znanym politykiem. Nagranie kilka razy "odsprzedawano" Piesiewiczowi.
Według źródeł "Gazety" w sumie senator miał zapłacić za nie 550 tys. zł: 300 tys. zł oskarżonym, potem 196 tys. zł nieustalonej kobiecie podającej się za dziennikarkę. W 2009 r. Halina S., znajoma Joanny D., zadzwoniła do Piesiewicza, mówiąc, że pies "wygrzebał z ziemi płyty z nagraniami", na których opakowaniu miał być numer jego komórki. Za niemal 40 tys. zł Piesiewicz odkupił od niej taśmy. Gdy szantażyści ponownie zażądali pieniędzy i zagrozili upublicznieniem nagrań, senator zawiadomił prokuraturę, która przygotowała zasadzkę.
W listopadzie 2009 r. zatrzymano osoby wskazane przez Piesiewicza. Nie było wobec nich wniosków o areszt, co prokuratura tłumaczyła stosunkowo niską grożącą im karą. Prokuratura zapewniała, że szantażyści to "przypadkowa grupa".
Równolegle prokuratura zaczęła śledztwo mające sprawdzić, czy proszek z filmu był kokainą (tak twierdziła Joanna D.). Skończyło się to wnioskiem o zdjęcie z Piesiewicza immunitetu senatorskiego. W lutym, po burzliwych obradach, Senat nie zgodził się na to. Piesiewicza bronił m.in. senator
PiS Zbigniew Romaszewski, który musiał za to odejść z partii. Sprawę narkotyków umorzono. Prokuratura będzie mogła do niej wrócić, gdy w 2011 politykowi skończy się kadencja i nie zostanie kolejny raz senatorem.
Po ujawnieniu sprawy Piesiewicz wziął kilkumiesięczny urlop. Niedawno wrócił do Senatu.