Sprawcę znaleziono błyskawicznie. Człowiek, który w czwartek zastrzelił w Kigali dziennikarza Jeana-Leonarda Rugambagego, to brat ofiary, zamordowanej przez dziennikarza podczas ludobójstwa Tutsi w 1994 r. - poinformowała przedwczoraj ruandyjska policja. Zabójca przyznał się, pokazał, gdzie ukrył broń, i w ogóle współpracuje z władzami.
No i bardzo dobrze, bo inaczej morderstwo Rugambagego źle by wyglądało dla prezydenta Paula Kagamego - zastrzelony dziennikarz zbierał materiały o niedawnej próbie zabójstwa w Johannesburgu generała Kayumby Nyamwasy. Według żony generała (on sam, ciężko ranny, leży w szpitalu) było to morderstwo zlecone przez Kagamego, z którym Nyamwasa, dawny towarzysz broni, był się poróżnił.
Po jego ucieczce z Kigali władze oskarżyły go, że to on odpowiada za tajemnicze ataki granatami na ulicach stolicy. Policja RPA aresztowała podejrzanych o próbę zabójstwa generała, ale ci okazali się chyba mniej spolegliwi niż domniemany zabójca dziennikarza, bo nic jeszcze nie zeznali. Władze ruandyjskie z oburzeniem odrzucają zaś wszelkie sugestie, że i z tą zbrodnią mogłyby mieć coś wspólnego.
Rugambage chyba uważał inaczej. Jego gazeta "Umuvugizi" w ubiegłym tygodniu opublikowała w swej internetowej wersji artykuł sugerujący, że prezydent postanowił pozbyć się generała, który miał dość jego autorytarnych rządów. Ale "Umuvugizi" jest zawieszona wyrokiem sądu, a jej wersja internetowa w Ruandzie zablokowana. Redaktor naczelny uciekł już do Ugandy, skąd szerzy pogłoski, że Kagame stoi i za nieudanym zabójstwem Nyamwasy, i za udanym Kigambagego.
Jak powiedziała rok temu szefowa ruandyjskiego
MSZ, "dni destruktywnej prasy są policzone", i to zapewne dokładnie. Zaś konstruktywna prasa, jak rządowy "New Times", daje odpór wszelkim pogłoskom i przytacza słowa prezydenta o zabójstwie dziennikarza: "Poleciłem wszystkim: policji, wywiadowi, armii, żeby złapali sprawców. Nie potrzebujemy tracić kogokolwiek, a zwłaszcza kogoś uchodzącego za dziennikarza, nie tylko ze względu na jego prawo do życia, ale dlatego, by nie przyciągać takiego image, którego w obecnej chwili nie powinniśmy mieć".
Prezydenckie życzenia w Ruandzie wykonuje się bardzo pilnie, a chwila jest przedwyborcza: w sierpniu prezydent Kagame staje do boju o reelekcję na kolejne siedem lat. Poprzednim razem wygrał z 95 proc. głosów, ale ryzykować nie należy - jego główna konkurentka Victoria Ingabire siedzi z oskarżenia o udział w ludobójstwie. Jej rzecznik prawny amerykański profesor Peter Erlinder też przesiedział się miesiąc - z oskarżenia o zaprzeczanie ludobójstwu. Słowem typowa ponura groteska troszczącej się o swój image dyktatury?
Prawie. Erlinder rzeczywiście bowiem zaprzecza ludobójstwu Tutsi, zaś o ewentualnej winie Ingabire dopiero ma orzec sąd. Rugambage był oskarżany o mord brata swego zabójcy już wcześniej, ale nie doczekał się wyroku, bo w obliczu ludobójstwa 800 tys. osób nikt nie miał czasu na drobnicę. Erlinder wyszedł za kaucją, po czym na progu własnego domu w
USA został pobity przez złodzieja - nikt nie twierdzi, że nasłanego przez Kagamego.
Być może i generał Nyamwasa - jak przed nim np. przywódca opozycji w
Zimbabwe Morgan Tsvangirai - padł po prostu w targanym przestępczością Johannesburgu ofiarą kryminalisty. Można zrozumieć, że władze ruandyjskie są zirytowane nieustannym przypisywaniem im zbrodniczych intencji. Ale przyznać trzeba, że zrobiły one wszystko, by takie domysły uprawdopodobnić.
Przeciwnicy polityczni Kagamego są albo na emigracji, jak jego poprzednik na stanowisku prezydenta, albo nie żyją, jak pierwszy szef jego MSW zabity przez nieznanych sprawców w Nairobi. Na konferencjach prasowych władze zarzucają organizacjom praw człowieka rzucanie kalumni, a ich przedstawicieli wyrzucają z kraju. Wolna prasa w Ruandzie już nie istnieje.
Wreszcie rząd, który objął władzę, obalając ludobójczy reżim, i który słusznie potępił bezczynność świata wobec straszliwej zbrodni, nie powinien dziwić się, że także i jemu będzie patrzeć się na ręce. Przeciwnie.