Rząd wysłał właśnie do konsultacji społecznych projekt ustawy o "wdrożeniu niektórych przepisów UE w zakresie równego traktowania". To o wiele mniej niż ustawa o równym traktowaniu opracowywana jeszcze za rządów PiS.
Projekt rządu PO ma wdrożyć pięć dyrektyw unijnych. Dotyczą równego traktowania przy wszelkich typach zatrudnienia, w ochronie zdrowia, edukacji oraz przy dostępie do towarów i usług.
Cztery dyrektywy Polska powinna była wprowadzić już sześć lat temu. Komisja Europejska w maju skierowała przeciw polskiemu rządowi sprawę o niewdrażanie dwóch z nich do unijnego trybunału w Luksemburgu. Grozi nam kara od 4 do 260 tys. euro za każdy dzień zwłoki od 2006 r.!
Unijnym dyrektywom antydyskryminacyjnym sprzeciwia się Konferencja Episkopatu Polski. Domaga się zaniechania prac nad ustawą. Zastępca sekretarza generalnego konferencji ks. Jarosław Mrówczyński napisał 9 czerwca, że "wyrażona w projekcie koncepcja standardów w zakresie równego traktowania może okazać się niebezpiecznym otwarciem podporządkowania Polski bliżej nieokreślonym naciskom".
Zapytaliśmy księdza, o jakie "nieokreślone naciski" chodzi. Czy polscy biskupi nie chcą np. lepszej ochrony macierzyństwa? Przez tydzień nie uzyskaliśmy odpowiedzi.
Z innej strony projekt krytykuje 36 organizacji pozarządowych. - Odzwierciedla on stosunek rządu do sprawy równego traktowania. Nie ma ani strategii antydyskryminacyjnej, ani woli, by przeciwdziałać dyskryminacji - oceniła wczoraj koalicja, do której należą organizacje kobiet, mniejszości seksualnych, narodowych, osób niepełnosprawnych i starszych, a także Związek Nauczycielstwa Polskiego.
- Jeśli taka ustawa weszłaby w życie, zakaz dyskryminacji w dostępie do oświaty, ochrony zdrowia, zabezpieczenia społecznego, do mieszkań, dóbr i usług nie objąłby np. niepełnosprawnych. Czyli nadal osoba niepełnosprawna nie będzie w stanie dostać się na basen czy do muzeum. I nie będzie to naruszać prawa! - mówi Krzysztof Śmiszek z Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego.
- Rządowy projekt wdraża unijne zasady na poziomie absolutnego minimum, i to z błędami. Nie wychodzi naprzeciw potrzebom zgłaszanym przez grupy dyskryminowane - podkreśla Joanna Piotrowska z Feminoteki. - Z naszego monitoringu publicznych mediów wynika np., że kobiety prawie w ogóle nie są zapraszane do programów w charakterze ekspertek. Im poważniejsza kwestia do komentowania, tym rzadziej zaprasza się kobiety.
Organizacje zarzucają projektowi też, że:
¨ tworzy zamkniętą listę cech, ze względu na które nie wolno dyskryminować - płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, światopogląd, niepełnosprawność, wiek i orientację seksualną (choć nie w każdych okolicznościach). Ale w ten sposób pomija inne - np. dyskryminację ze względu na poglądy, przynależność związkową czy stan cywilny;
¨ inaczej definiuje dyskryminację i molestowanie seksualne niż kodeks pracy. To znaczy, że inaczej będzie rozumiane molestowanie seksualne w pracy, a inaczej np. przez instruktora na basenie;
¨ nie tworzy jednego, niezależnego urzędu ds. równego traktowania. Funkcje te mają pełnić pełnomocnik rządu ds. równego traktowania i rzecznik praw obywatelskich.
- Pełnomocnik nie jest niezależny. A rzecznik ma mnóstwo innej pracy. Nie dostanie też ani złotówki na prowadzenie przed sądami i urzędami spraw o naruszenie równego traktowania, na monitoring, pisanie raportów i rekomendacji dla władzy - mówi Śmiszek.
Na 27 krajów Unii tylko w czterech o równe traktowanie dba rzecznik praw obywatelskich. W Grecji prowadzi 38 takich spraw rocznie. Na Węgrzech jest to osobny urząd i prowadzi aż 1,2 tys. spraw.
Polskie organizacje będą walczyć, by ustawa nie weszła w życie w obecnej postaci. Szersze ustawy antydyskryminacyjne mają nie tylko kraje starej Unii, ale też
Litwa, Rumunia,
Bułgaria, a nawet
Albania,
Serbia i
Kosowo.
- Chcemy powrotu do projektu ustawy o równym traktowaniu przygotowanego za rządów Kaczyńskiego i Giertycha - mówią.