Polskie dowództwo o tej akcji mówi bardzo niewiele. Zresztą po raz pierwszy od czasu, kiedy polscy żołnierze weszli do Afganistanu w 2007 r. nasza armia poinformowała o działaniach sił specjalnych.
Porwani za "kolaborację" z okupantem
Wiemy, że talibowie porwali dwóch młodych, afgańskich policjantów (jeden z wieku 22, drugi 20 lat), za "kolaborację" z okupantem, jak rebelianci nazywają wojska sojusznicze w Afganistanie. Przez ponad dwa tygodnie przetrzymywali ich w rejonie dystryktu Andar, uważanego za bastion talibów w kontrolowanej przez polskie wojsko prowincji Ghazni.
- Policjanci byli brutalnie bici, ilekroć próbowali stawiać opór porywaczom, jestem przekonany, że gdyby nie akcja GROM, zostaliby zabici - mówi por. Sebastian Kostecki z polskich sił zadaniowych w Afganistanie.
Talibowie, żeby zmylić żołnierzy, co jakiś czas przewozili policjantów z miejsca na miejsce. Za każdym razem przetrzymywali ich w chałupach w małych wioskach, do których nie mieli dostępu żołnierze sił koalicyjnych. Policjanci byli skuci łańcuchami. Żeby nie wiedzieli, co dzieje się wokół nich, pomieszczenie w którym przetrzymywano ich w momencie akcji GROM, miało "na oko" dwa na dwa metry, i było pozbawione okien.
Chirurgiczna operacja
O tym, gdzie akurat przetrzymywani są afgańscy zakładnicy, poinformował nasze siły specjalne polski zespół wywiadu taktycznego. Akcja GROM została przeprowadzona w niedzielę w nocy. Wysłano na nią zespół z polskiej bazy Ghazni, położonej najbliżej dystryktu Andar. - To była chirurgiczna operacja - mówi mjr Piotr Jaszczuk z Dowództwa Operacyjnego polskiej armii.
Zespół był złożony z kilku żołnierzy, nazywanych w slangu naszych "specjalsów" operatorami. - Każdy z nas ma co najmniej dwie specjalności, by w razie potrzeby mógł być zastąpiony przez kolegę - mówi nam jeden z komandosów. - Jest oczywiście dowódca, specjalista od łączności, strzelec wyborowy, sanitariusz. Taki zespół może przeprowadzić właściwie każdą akcję.
"Operatorów" z GROM zabrał do wioski polski śmigłowiec transportowy Mi-17.
Akcja była błyskawiczna. Komandosi wpadli do pomieszczenia, gdzie przetrzymywano zakładników, i szybko zabrali ich na pokład śmigłowca. Nasze dowództwo podkreśla, że żaden z Polaków nie został w tej operacji ranny. Polski Mi-17 zabrał uwolnionych policjantów.
A co stało się z talibami? - To nie ma znaczenia, ale ich życie w naszych operacjach się nie liczy - przyznaje nasz rozmówca z sił specjalnych. - Głowę daję, że w chwili, gdy chłopaki wchodzili do pomieszczenia z zakładnikami, tamci już nie żyli.
- Mamy nadzieję, że ta akcja przyczyni się do jeszcze lepszych relacji między nami, a policją afgańską, bo bardzo nam na tym zależy - mówi mjr Zbigniew Jaszczuk z Dowództwa Operacyjnego.
Na brak roboty nie narzekają
Liczba polskich sił specjalnych w Afganistanie okryta jest tajemnicą. Wiemy jednak, że kilka zespołów, złożonych z komandosów z GROM i 1 Pułku Specjalnego z Lublińca, stacjonuje m.in. w bazach Ghazni i Warrior. To oni, jak dowiedziała się "Gazeta", są autorami operacji, w których zatrzymywani są lokalni watażkowie, przejmowane składy amunicji i min-pułapek. To komandosi z GROM przeszukiwali podziemne korytarze, które talibowie wykopali wokół bazy Warrior, aby ją ostrzeliwać.
Polskie siły specjalne w Afganistanie są częścią naszego kontyngentu wojskowego, podlegają jednak bezpośrednio rozkazom amerykańskiego dowództwa sił specjalnych w Afganistanie. - I zbierają od Amerykanów jak najlepsze noty za przeprowadzone akcje. A na brak roboty na narzekają - mówi nasz rozmówca.
Źródło: Gazeta Wyborcza