http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Język musi pasować do reszty

Rozmawiała Agnieszka Kublik
2010-06-29, ostatnia aktualizacja 2010-06-28 20:15

Jarosław Kaczyński podczas przedwyborczej wizyty w Elblągu 2 czerwca 2010 r.
Jarosław Kaczyński podczas przedwyborczej wizyty w Elblągu 2 czerwca 2010 r.
Jarosław Kaczyński podczas przedwyborczej wizyty w Elblągu | Fot. Przemysław Jarosz

Kaczyński umiał mówić dosadnie - "łże-elity", "układ". Słowa klucze wystarczały za program wyborczy. A dziś za nowym językiem Kaczyńskiego nie widać żadnej nowej wizji świata

Dr Katarzyna Kłosińska
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Dr Katarzyna Kłosińska


Rozmowa z dr Katarzyną Kłosińską, językoznawcą

Agnieszka Kublik: W tej kampanii wyborczej język jest nie tylko narzędziem do zdobywania głosów, ale także sam stał się bohaterem. Bo mówi się o zmianie Jarosława Kaczyńskiego właśnie w kontekście jego języka. Że już nie jest agresywny, dzielący, ale pokojowy i nieagresywny.

Dr Katarzyna Kłosińska: Rzeczywiście, Kaczyński stara się mówić innym językiem. Teraz jego język jest mniej soczysty, mniej barwny. Ale dzięki temu, że nie owijał w bawełnę, był wyrazisty i miał wielu zwolenników.

Przejrzałam wystąpienia "starego" Kaczyńskiego i widziałam tam soczyste epitety, atakujące przymiotniki, sugestywne rzeczowniki, dynamiczne czasowniki. Teraz "nowy" Kaczyński językowo jest nudny.

- I nie jest sobą.

Czyli ta maska językowa, którą przybrał na tę kampanię, by poszerzyć elektorat, mu nie leży?

- Nie, bo przecież pamiętamy Kaczyńskiego, który umiał mówić dosadnie. Chociażby: „My stoimy tam gdzie »Solidarność «, oni - tam gdzie ZOMO”, „łże-elity”, „układ” czy „oligarchowie”. W tym były emocje i całościowa wizja świata. To były słowa klucze, które wystarczały za program wyborczy. A dziś za nowym językiem Kaczyńskiego nie widać żadnej nowej wizji świata. Wizerunku nie da się zmienić, tylko mówiąc o zmianie - pracuje się na niego latami, zwłaszcza gdy chodzi o polityka tak wyrazistego jak prezes PiS. Ten nowy język w pewnym sensie zdradził Kaczyńskiego - obnażył nieautentyczność przemiany.

W tej kampanii nie ma takich językowych przebojów jak pięć lat temu w kampanii prezydenckiej. Nie ma "układu", "oligarchów", "mordo ty moja"...

- Ale jest "wojna polsko-polska" czy "wojna domowa". Tu tym motywem jest sam język: ma być wojenny lub pokojowy. To znaczy, że politycy wiedzą, jak wiele zależy od tego, jak mówią.

Hasło "Zgoda buduje" Komorowskiego czy "Polska jest najważniejsza" to dobre hasła wyborcze?

- Nie, są mało atrakcyjne, nie ma w nich nic, co by je wyróżniało. Sama się zastanawiałam nad tym, czyje jest czyje, bo przecież pasują do obu, zwłaszcza kiedy Kaczyński ogłosił, że nie będzie prowadził wojny. To najlepszy dowód na to, że zostały źle wybrane.

Kaczyński ze swojego słownika wyrzuca słowo "postkomunizm", zastępuje je "lewicą".

- To kolejny zabieg na języku, wynikający z wiary w magię słów i - co gorsza - z przekonania, że ludzie tę wiarę podzielają: jak przestanę mówić "postkomuniści", to oni znikną nie tylko z języka, ale i z rzeczywistości. Ten, kto stosuje takie zabiegi, jest przeświadczony o własnej mocy sprawczej: jestem kimś, kto może tworzyć nowe byty, ustanawiać znaczenia słów, pokazywać, jakie są odniesienia poszczególnych pojęć. To bardzo niebezpieczne.

"IV RP" to był właśnie taki zabieg: od zmiany samej nazwy mieliśmy zacząć żyć w nowej Rzeczypospolitej.

- Tak, to było stworzenie nowego bytu językowego...

...i politycznego.

- Nie wiem, czy politycznego. To politologowie muszą ocenić, czy IV RP istniała rzeczywiście. IV RP to był byt językowy zawłaszczający rzeczywistość i pokazujący: oto nazwaliśmy rzeczywistość po swojemu i teraz ona jest nasza.

Ale hasło "IV RP" było świetne, bo chwytliwe. Na zawsze będzie się kojarzyć z braćmi Kaczyńskimi i PiS-em. Kaczyński dziś pewnie tego żałuje, bo chce "IV RP" wyrzucić już nie tylko ze swojego słownika, ale przede wszystkim z głów wyborców.

- Tak, bo hasło to broń obosieczna. Dziś IV RP obrosła już we frazeologię - przeciwnicy PiS-u mówią o "praktykach rodem z IV RP", o "strachu przed IV RP", nakładając na to wyrażenie negatywne skojarzenia, co jest dla nich bardzo wygodne, bo każdy do tych skojarzeń może dodać własną treść (np. IV RP = państwo podejrzeń).

Platforma z kolei postanowiła wytrącić z ręki Kaczyńskiemu podział na Polskę "solidarną", o którą Lech Kaczyński walczył w 2005 r., i "liberalną", o którą miał walczyć Tusk. Komorowski w niedzielnej debacie powiedział, że chce Polski "solidarnej i wolnej, a wolność to liberalizm".

- To próba odczarowania źle kojarzącego się "liberalizmu". I pokazania, że nie trzeba wybierać między Polską "solidarną" (zresztą konia z rzędem temu, kto powie, co to za byt - to znakomity, z punktu widzenia marketingu politycznego, zabieg językowy w kampanii sprzed pięciu lat: użyto słowa, które ma się dobrze kojarzyć, ale które nic nie nazywa) a Polską "liberalną", bo "liberalny" dotyczy umiłowania wolności. Sprytny zabieg - może uchronić Komorowskiego przed ewentualnym zarzutem ze strony PiS-u, że jest liberałem.

Język może przesądzić o wyniku wyborów?

- Może. I jeśli jest spójny z całą wizją kandydata, i jeśli jest fałszywy, bo zdradzi, że i wizja jest tylko wyborczym PR-em. Język musi pasować do reszty.



Dr Katarzyna Kłosińska jest pracownikiem naukowym na UW, sekretarzem Rady Języka Polskiego, zajmuje się m.in. językiem polityki

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':