Debata Kaczyński - Komorowski: stenogram debaty + wideo;
wynik: 208 do 184 dla Komorowskiego - opinie publicystów;
komentarze: ekspertów, polityków, internautów.
Raz mówiąc o tym, że premier Tusk arogancko tłumaczył powodzianom, że sami sobie winni, bo wybrali złego wójta. Tusk musiałby być niespełna rozumu, by po wpadce Włodzimierza Cimoszewicza z 1997 r wyskoczyć z czymś takim. Innym razem prezes
PiS napomknął, że wyrzucenie kupców przez Hannę Gronkiewicz-Waltz z warszawskich KDT "było nielegalne".
Polska A i B, czy jedna Polska? Kaczyński próbował straszyć podziałem kraju na Polskę A - tę dopieszczaną przez Platformę Obywatelską - i Polskę B, tę zaniedbaną przez PO, wręcz zapomnianą, jej brzydką siostrę.
To był od początku jeden z lejtmotywów kampanii PiS: rząd PO chce tworzyć w tzw. metropoliach wyspy dobrobytu, a reszta będzie tonąć.
- Polska jest jedna, o całą trzeba dbać. Nie trzeba dzielić kraju, tylko gonić Europę - replikował Komorowski. I przypomniał, że rząd PO pobudował drogi lokalne, tzw. schetynówki i boiska "orliki".
Pamięć polityków jest krótka, a wiara w amnezję wyborców - wielka. Przecież w Strategii Rozwoju Kraju z 2006 r. rząd Kaczyńskiego także stawiał na "rozwój obszarów metropolitalnych".
Ludwik Dorn, ówczesny wicepremier, rzucił pomysł utworzenia aglomeracji śląskiej, kolejne metropolie miały powstać wokół innych miast.
Kaczyński trafił też jak kulą w płot, mówiąc, że rząd PO odebrał ścianie wschodniej część unijnych dotacji. Bo o podziale dotacji na lata 2007-2013 decydował jeszcze rząd PiS. Na listach projektów dokonywano co prawda zmian, wypadły te źle przygotowane, ale zastępowano je innymi, też ze ściany wschodniej. Na dokładkę najgorzej radziło sobie z wydawaniem unijnych pieniędzy Podkarpacie, gdzie rządzi... PiS.
Komu lepiej rosło Kaczyński próbował przypominać sukcesy swoich rządów: wysoki wzrost gospodarczy, rozbuchaną konsumpcję, zalew inwestycji zagranicznych.
- Za rządów PiS była koniunktura, tylko nasi poprzednicy nie potrafili tego wykorzystać. Za rządów Jarosława Kaczyńskiego na drogi było 8 mld zł, za rządów PO - 30 mld zł. Na zdrowie było 36 mld zł, za naszych rządów jest 58 mld zł - sypał jak z rękawa Komorowski.
Przypomniał to, co jest niewątpliwym sukcesem rządu Platformy - mimo szalejącego na świecie kryzysu Polsce udało się uniknąć recesji (wytknął Kaczyńskiemu, że jego pomysły na zwiększanie deficytu budżetowego wepchnęłyby Polskę na ścieżkę grecką). Z naszym 1,7-proc. wzrostem w 2009 byliśmy liderem w Europie.
Sukces, jak wiadomo, ma wielu ojców. Obaj kandydaci starali się przypisać sobie autorstwo obniżenia podatków od 2009 r. W kieszeniach podatników zostało ponad 20 mld zł, co w kryzysie napędziło konsumpcję i wzrost gospodarczy.
Spójrzmy na te obniżkę podatków z perspektywy Polski solidarnej, o której tak chętnie mówi kandydat PiS. Na tym podziale na Polskę solidarną dbającą o najsłabszych i najbiedniejszych - takiej Polski niby chce PiS, oraz Polskę liberalną - serwowanej przez PO - dla cwaniaków i bogaczy - wygrał wszak wybory
Lech Kaczyński.
Czy rząd PiS był solidarny? Zniósł podatek spadkowy (a czy biedni mają coś do przekazania dzieciom?), obniżył składkę rentową i podatki. Najwięcej skorzystali na tym ci zamożniejsi, bo dla nich stawka spadła o 8-12 proc., a ci mniej zamożni musieli się obejść podatkami niższymi o 1 proc. Podobnie było z ulgami na dzieci: by w pełni z niej skorzystać, a jest ona odpisywana od podatku, trzeba mieć wysokie dochody!
I jeszcze jedno: skoro za obniżkami składek i podatków ręka w rękę głosowało PiS i opozycyjna wówczas PO. Więc albo PO jest tak samo solidarna jak PiS, albo PiS jest tak samo liberalne jak PO.
- Istotą polskości jest umiłowanie wolności, czyli liberalizm właśnie i solidarność. Nie wolno rozdzielać solidarności i wolności - wyrecytował Komorowski, najwyraźniej przygotowany przez sztabowców na atak z flanki "solidarnościowej".
Państwo solidarne, ale z kim? Głoszona przez prezesa PiS idea solidarności to zwykły populizm. Konserwowanie interesów silnych grup, które za pomocą kamieni i palonych opon potrafią zaszantażować polityków. Robił to Lech Kaczyński, wetując np. ustawę o pomostówkach, będzie robił - debata nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości - jego brat Jarosław.
- Nie należy likwidować przywilejów emerytalnych, bo one są substytutem zarobków. Będziemy tego bronić - zadeklarował Kaczyński. jako prezydent będzie on także bronił modernizacji policji i wysokich wydatków na armię (prawo nakazuje przeznaczać na obronność 1,95 proc. PKB rocznie).
Jak wiadomo PO przebąkuje - choć bez zapału - o zniesieniu przywilejów emerytalnych służb mundurowych.
Dziś nawet 35 letni policjant - po 15 latach służby - a więc w pełni sił i z doświadczeniem, bierze od państwa emeryturę (choć nie płaci składek, bo robi to za niego państwo z podatków np. od samotnych matek) i idzie pracować jako ochroniarz. Na jego miejsce przychodzi niedoświadczony żółtodziób. Taka zdziesiątkowana policja nie zapewni nam bezpieczeństwa, na dodatek to kosztuje budżet 8 mld zł rocznie. Dlaczego Kaczyńskiemu nie przychodzi do głowy, że zamiast płacić za wypychanie funkcjonariuszy ze służby, lepiej podnieść im zarobki? Będzie mimo wszystko taniej i lepiej dla państwa i obywateli.
Akurat mundurówkami trudno było trafić w Komorowskiego, bo to on był jednym z twórców tych przywilejów, podobnie jak zapewnienia armii dużych nakładów. Komorowski zgrabnie przypomniał swoje zasługi, jak i to, że Platforma nie zamierza niczego odbierać tym, którzy już są w służbie. Wydłużenie wieku emerytalnego miałoby dotyczyć tylko osoby wstępujące do służby po 2012 r.
Co do zrównywania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz wydłużania wieku emerytalnego obaj kandydaci nie ryzykowali. Są temu przeciwni, bo jak ktoś chce dłużej pracować - to może. Ciekawe, czy Komorowski czytał raport ministra Boniego "Polska 2030", w którym proponuje, by kobiety i mężczyźni pracowali dłużej, bo inaczej załamie się nasz system emerytalny?
W sumie debata była niemrawa - o wszystkim i o niczym.