- Straciłem drogiego kolegę. Wiem, że bomba była wymierzona we mnie. Ale nie damy się zastraszyć, ci tchórzliwi mordercy zostaną ukarani - mówił po zamachu wzburzony minister obrony cywilnej Michalis Chryssohoidis.
Bomba wybuchła w czwartek wieczorem na siódmym piętrze, tuż obok biura ministra. Zabiła szefa jego ochrony i doradcę ds. terroryzmu Georgesa Vassilakisa, który próbował otworzyć podrzuconą w pomieszczeniu ochrony dziwnie wyglądającą paczkę.
To pierwsza bomba podłożona w samym sercu greckiego aparatu bezpieczeństwa. - Niemożliwe, by ktoś z bombą wszedł do ministerstwa, chyba że paczkę wniósł pracownik - spekulował w
radiu przedstawiciel związku policjantów. Z kolei rzecznik policji przyznał, że mogło dojść do zaniedbań ze strony ochrony budynku. Przypomniał też, że przy wejściu nie było specjalistycznego sprzętu wykrywającego bomby.
Grecki premier Jeorios Papandreu potępił wczoraj w parlamencie autorów zamachu: - To akt ślepej i nieludzkiej przemocy. Ojciec rodziny padł ofiarą odrażającego ataku terrorystycznego. Ale mordercy muszą wiedzieć, że przegrają, bo mają przeciw sobie państwo i całe społeczeństwo, które nie da się sterroryzować.
Na razie nie wiadomo, kto stoi za zamachem. Chryssohoidis doprowadził jednak niedawno do aresztowania sześciu przywódców lewackich ekstremistów z grupy "Walki Rewolucyjnej". W ostatnich latach stała ona za kilkoma atakami, m.in. na policję i ambasadę
USA. To także lewaccy bojówkarze w maju obrzucili koktajlami Mołotowa budynek jednego z banków w Atenach - w płomieniach zginęły trzy osoby. Do tragedii doszło w trakcie zamieszek przeciwko oszczędnościowym planom rządu w maju.
Grecja od miesięcy boryka się z gigantycznym kryzysem finansowym, a drastyczne obcinanie wydatków z budżetu, m.in. na pensje, wywołuje gwałtowne protesty na ulicach miast, szczególnie w Atenach.