Łukin, który w przeszłości był ambasadorem Rosji w
USA i szefem komisji zagranicznej Dumy, 31 maja przyszedł na plac Triumfalny w centrum Moskwy, by przyjrzeć się demonstracji przeciwników Kremla. W tym miejscu organizacje opozycyjne już od półtora roku na koniec każdego miesiąca, który liczy 31 dni, próbują przeprowadzić demonstrację w obronie 31. punktu konstytucji gwarantującego obywatelom Rosji wolność zgromadzeń.
Plac przy pomniku Władimira Majakowskiego ma ważne znaczenie symboliczne. Tu w czasach ZSRR Nikity Chruszczowa i nawet Leonida Breżniewa spontanicznie gromadzili się mieszkańcy Moskwy, by posłuchać wierszy zakazanych poetów oraz protestować przeciwko posunięciom władzy. Można powiedzieć, że w tym miejscu, swoistym radzieckim Hyde Parku, narodził się ruch dysydencki.
Teraz jednak władze stolicy uparcie odmawiają wydania opozycjonistom zgody na manifestację na Triumfalnym. Każdego 31. dnia okazuje się, że plac jest zajęty - najczęściej przez putinowską młodzieżówkę Nasi.
Opozycjoniści jednak przychodzą i za każdym razem obrywają od OMON-u, dziesiątki z nich trafiają do aresztów. 31 maja OMON też bił, łamał kości, ponad sto osób zostało zatrzymanych.
73-letni Łukin w swoim oficjalnym raporcie zaprotestował przeciwko brutalności sił porządkowych, które według niego "łamały prawo" oraz "nadużywały siły". Rzecznik napisał, że był na miejscu i o tym, co widział, jest gotów zeznać przed sądem. Dodał też: - Takie haniebne sytuacje stawiają nas w złym świetle przed nami samymi, przed całym światem. Prawo w Rosji jest ważniejsze od woli kierownictwa, ale niestety znowu nie było uszanowane.
Po tym jak federalny rzecznik, urzędnik w randze ministra, uderzył w stół, niespodziewanie odezwali się rzecznicy regionalni, potępiając publicznie swego szefa i domagając się od prezydenta "oceny jego postępowania". Gniewne listy do Dmitrija Miedwiediewa napisali m.in. rzecznicy praw człowieka z Osetii Północnej, Czeczenii, Kałmucji, Karaczajo-Czerkiesji, republiki Marij-El, obwodów orłowskiego i penzeńskiego.
Swietłana Piniszyna, rzeczniczka praw człowieka z Penzy, stwierdziła np., że federalny rzecznik praw człowieka "zajmuje się zagadnieniami politycznymi, wypowiada się po stronie opozycji, zamieniając pracę ombudsmana w kampanię polityczną". Przypomniała też prezydentowi, że Łukin 31 maja był na demonstracji opozycyjnej, a przez to "nie znajduje czasu na zajmowanie się sprawami zwykłych obywateli".
Komentator Radia Echo Moskwy Anton Orech jest przekonany, że rzecznikom w różnych regionach kraju nie mogła w tym samym momencie przyjść do głowy myśl napisania takich samych skarg na szefa. - Ta myśl zrodziła się w jednej głowie któregoś z urzędników na Kremlu. Mamy do czynienia z nagonką na Łukina, który ośmielił się sumiennie wypełnić swój zawodowy obowiązek - twierdzi publicysta.
Tydzień temu rzecznik miał złożyć w Dumie doroczny raport ze swej działalności. Jego wystąpienie zostało odwołane i przesunięte na bieżący tydzień. Okazało się jednak, że w tym tygodniu posłowie wyjechali do swoich regionów i Łukin się z nimi znów nie spotkał.
Wczoraj tygodnik "Argumienty Niedieli" napisał, że "dni Łukina na stanowisku rzecznika są już policzone". Sam Łukin nie komentuje tej sytuacji.