Sąd uznał tak, wydając wyrok w procesie Piotra Niemczyka, który wytoczył "Dziennikowi" b. szef wywiadu.
Poszło o artykuł z 2006 r. w którym "Dziennik" przypominał sprawę instrukcji 0015 wydanej przez Piotra Niemczyka w październiku 1992 r. W tekście napisano, że służyła ona do inwigilowania partii politycznych, szczególnie prawicowych, nakazywała traktowanie ugrupowań politycznych jako organizacji terrorystycznych i umożliwiała werbowanie agentury spośród działaczy. Miała być też podkładką dla działań grupy funkcjonariuszy kierowanych przez płk. Jana Lesiaka, która na początku lat 90. rzeczywiście zbierała materiały o prawicowych organizacjach (Lesiak poniósł za to odpowiedzialność karną). Niemczyk (dzisiaj ekspert sejmowej komisji ds. służb specjalnych) oddał sprawę do sądu. Podkreślał, że instrukcja nigdy nie weszła w życie, nie miała związku z działalnością Lesiaka i nie było w niej mowy o inwigilacji polityków, ale o zbieraniu jawnych materiałów na temat zagrożeń konstytucyjnego porządku państwa (tzw. biały wywiad).
Istnienie instrukcji 0015 ujawnił wiosną 2003 r.
Jarosław Kaczyński, dziś prezes
PiS, wtedy szef Porozumienia Centrum, partii będącej w opozycji do rządu, którym kierowała Hanna Suchocka. Jego zdaniem instrukcja dowodziła, że służby inwigilowały PC oraz Ruch dla Rzeczpospolitej i Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej utworzone po upadku rządu Jana Olszewskiego (czerwiec 1992 r.).
Kwestia legalności instrukcji 0015 nigdy nie była rozpatrywana przez sąd. Zajmował się nią
Trybunał Konstytucyjny, ale umorzył sprawę, bo instrukcja została uchylona. Proces Niemczyka z "Dziennikiem" był więc pierwszą okazją sądowej weryfikacji twierdzeń, czy dokument zezwalał na inwigilację prawicy. Zdaniem sądu (który uzasadnienie wyroku ogłosił w tym tygodniu) nie ma podstaw do takich twierdzeń.
Niemczyk więc sprawę wygrał, warto jednak przyjrzeć się, jak sędziowie ocenili zeznania, które w tej sprawie złożyli Kaczyński oraz poseł PiS i likwidator
WSI Antoni Macierewicz. Przed sądem mieli oni dowieść, że instrukcja była groźna dla demokracji. Ale ich zeznania sąd ocenił jako "mało wiarygodne, stanowiące raczej wyraz osobistych odczuć niż faktów", nieznajdujące "oparcia w innych dowodach".
"W instrukcji nie przewidziano powstawania struktur do inwigilacji i zwalczania jakichkolwiek organizacji. Określała ona jedynie zasady zbierania i weryfikowania informacji o zagrożeniach bezpieczeństwa państwa, przy udziale osób posiadających wiedzę specjalistyczną" - stwierdził sąd, zwracając uwagę, że Kaczyński i Macierewicz "w sposób dowolny" uznali, że użyte w instrukcji określenie "konsultant" było "kamuflażem mającym ukryć tajnych współpracowników mających przeniknąć do partii prawicowych".
Według sądu obaj politycy nie potrafili wskazać, jakie konkretnie działania zostały podjęte przeciwko ich partiom. Sąd napisał też, że Kaczyński z Macierewiczem "byli osobiście zainteresowani opisywanymi przez nich zjawiskami, bo kwestia inwigilacji organizacji prawicowych to jeden z istotnych punktów programu politycznego partii, którą reprezentują".
W trakcie procesu Macierewicz powiedział, że nie może ujawnić pewnych informacji ze względu na obowiązującą go tajemnicę państwową. Sąd próbował go z niej zwolnić. Wtedy okazało się, że Macierewicz nie jest w stanie wskazać funkcji, jaką pełnił w czasie, gdy poznał tajne informacje, które chciał zdradzić sądowi.