Gdy Zbigniew Markiewicz chował żonę trzy lata temu, dał za rezerwację 180 zł, by mieć pewność, że spocznie, jak każe tradycja, po lewicy żony. Z tą pewnością chodził na cmentarz, z nieboszczką rozmawiał, grabił wokoło, swoje miejsce udeptywał. Ale pewność stopniała kilka tygodni po pogrzebie, gdy po prawej od małżonki pochowano niejakiego Żylińskiego Zygmunta. A z lewej Ogrodnikowie zaczęli powiększać grób ojca, by po śmierci zmieścić matkę. Patrzył wtedy Markiewicz na grób Walentyny i ciasno to widział. Wziął miarę i wyszło, że aby przepisy cmentarne uszanować, to się koło żony nie zmieści, bo jego rezerwacja zniknęła.
- Skandal jakiś, rozumie pan?! -pyta Markiewicz w złości.
Nie rozumiem.
- No to jedziemy na cmentarz. Jak się zrobi wizję lokalną, to się redaktor połapie.
Przystawką nie będę!
Markiewicz zasłużony dla regionu, wykształcony, wychował w trzcianeckim technikum dwa pokolenia rolników, dyrektorował w PGR-owskiej ubojni. Żonę Walentynę, działaczkę Koła Gospodyń Wiejskich, poznał na wiejskiej imprezie i ściągnął do swojego zakładu, by mieć koło siebie. I tak nierozłącznie wiedli spokojny żywot, by połączyć się po śmierci, bo małżonka Markiewicza miała dwa życzenia: leżeć w płytkim grobie, bo w głębokich to ślimaki, pająki i piżmoszczury. I obok męża.
Ale gdy Markiewicz się połapał, że ta nierozłączność jest zagrożona, że jego rezerwacja zniknęła, to wypowiedział wojnę w trybie administracyjnym. Teczka dokumentów już gruba jak pień.
Najpierw skarga do firmy Kombud administrującej cmentarzem: "Żona leży w grobie nr 4, gdzie ja miałem być pochowany, a ona w grobie nr 5. Ale tam leży chyba przez pomyłkę Żyliński. Tylko dzięki życzliwości i szlachetności nabywczyni grobu numer 3, pani Ogrodnik, która pochowała męża, a odstąpi mi pół swojego grobu, problem można rozwiązać".
Tadeusz Gawroński, dyrektor Kombudu, odpowiada: "Pan Żyliński został pochowany prawidłowo w grobie numer 6. Pan ma zarezerwowany grób numer 4, obok żony pochowanej na miejscu numer 5".
No to Markiewicz do Gawrońskiego: "Nie podzielam pana stanowiska, bo żona leży w grobie nr 4 tuż obok Ogrodników, którzy mają grób nr 2 i 3".
Gawroński do Markiewicza: "Stanowisko pana jest niezrozumiałe, a prowadzanie dalszej korespondencji zbędne".
Markiewicz do Gawrońskiego: "Chcecie mnie pochować jak przystawkę. Dla mojej żony, wielokrotnie odznaczonej przez władze wojewódzkie, centralne, branżowe i resortowe, i dla mnie to hańba! I wnoszę o solidarną zapłatę przez pracowników Kombudu na rzecz Caritasu 30 tys. zł".
Gawroński do Markiewicza: "Grób żony ma numer 5, pana nr 4. Będzie pan pochowany należycie obok żony. Sprawę uznaję za wyjaśnioną".
Markiewicz do Gawrońskiego: "Mija się pan z prawdą, bo w grobie numer 5 jest ciało obcego człowieka. Oddajcie mi mój grób!".
I Markiewicz idzie do Gawrońskiego z informacją, że przestawi nagrobek nieco w bok, by mieć dla siebie miejsce.
No to Gawroński śle pismo: "Nie będzie przemieszczania nagrobków!".
Grób idzie pod obrady
Markiewicz widzi, że oporu dyrektora Gawrońskiego nie zmiękczy, więc śle pismo do komendanta policji w Czarnkowie: "Proponuje mi się partyzancki pochówek, wciskając, że jest miejsce, skoro nie ma. Służę dowodami!".
Policjanci jadą na cmentarz, biorą dokumentację i piszą w notatce: na prawo od alejki 33 jest grób pojedynczy nr 1, potem rodzinny Ogrodników, czyli 2 i 3, a potem Markiewiczów. Czyli w porządku, oszustwa i krętactwa cmentarnego nie ma. I sprawę umarzają.
No to Markiewicz z odwołaniem do prokuratury, a jeszcze pisze do komendanta w Trzciance. Gdy dostaje odpowiedź, że to konflikt dla sądu, to idzie ze skargą do trzcianeckiego burmistrza. Ten irytuje Markiewicza do potęgi, pisząc, że z takimi sprawami, to do Kombudu, bo to oni są od cmentarnych spraw. To samo piszą radni, gdzie poskarżył się na burmistrza, choć obiecują, że wezmą sprawę pod obrady. Markiewicz nęka jeszcze Gawrońskiego z Kombudu, ale dla zwiększenia siły przekazu piórem wynajętego adwokata.
Źródło: Gazeta Wyborcza