Jest pani Gruzinką. Skończyła pani reżyserię na moskiewskim WGiK-u, gdzie poznała pani studiującego tam Polaka Jerzego Ziarnika. Została pani jego żoną i przyjechała z nim do Polski. Skąd zatem w pani życiu wziął się Jerzy Stefan Stawiński?
- Gdy w 1961 roku w Polsce zjawił się reżyser komedii "Świat się śmieje" Grigorij Aleksandrow ze swą żoną i gwiazdą Lubow Orłową, Jerzy Bossak postanowił puścić im kilka polskich filmów dokumentalnych. Szukał kogoś, kto zna rosyjski, żeby je na żywo tłumaczył. Wziął mnie.
Potem na przyjęciu z Orłową i Aleksandrowem posadził mnie obok Stawińskiego. Ziarnik uwielbiał Stawińskiego, powtarzał mi zawsze: "Żeby tak Stawiński napisał dla mnie scenariusz. On jest najlepszy!". Gdy więc Stawiński się przedstawił, powiedziałam: "Ach, to pan". Stawiński poprosił mnie wtedy, żebym go uczyła rosyjskiego, bo niedługo wyjeżdża do Moskwy.
Pomyślałam: czy on się do mnie przystawia, czy rzeczywiście chce się uczyć? Bo jeśli się przystawia, to będą z tego nici. On mi się nie podobał. Ja sobie wyobrażałam, że w moim guście są niebieskoocy blondyni. Nordycki typ, mężczyźni zupełnie niepodobni do Gruzinów. Ale nigdy w życiu nie zakochałam się w kimś takim. Powiedziałam to Stawińskiemu. A on odpowiedział: "Gdy się urodziłem, miałem niebieskie oczy i byłem blondynem. Mam zdjęcie, na którym to widać". I rzeczywiście miał takie zdjęcie.
Dawała mu pani lekcje rosyjskiego?
- Dawałam. Przyniosłam książki, on zaczął z nich czytać. Szybko jednak przerywał i mówił: "Chodźmy lepiej na spacer". W końcu powiedział: "Rzeczywiście muszę wkrótce wybrać się do Związku Radzieckiego. Pojedziemy tam razem". Stawiński "rozwiódł mnie" z Ziarnikiem.
Ale do ZSRR nie wpuściliby nas razem. No bo niby dlaczego ja, obywatelka radziecka, miałabym nagle jechać do Moskwy? Mogłabym jechać do Gruzji, do rodziny, ale do Moskwy, i to ze Stawińskim? W hotelu musiałabym brać oddzielny pokój. Stawiński powiedział więc: "Trudno, trzeba się będzie pobrać".
Od kiedy ma pani polskie obywatelstwo?
- Od momentu, gdy pan S. tupnął nogą: "Starczy tego dobrego, idź do ambasady radzieckiej i powiedz, że bierzesz polskie obywatelstwo". W ambasadzie usłyszałam, że najpierw muszę się pozbyć radzieckiego. Żeby tak się stało, trzeba napisać podanie do Wierchownogo Sowieta, czyli Rady Najwyższej ZSRR. Cały Wierchowny Sowiet obradował na mój temat! Potem dostałam od nich pismo, dość suche - nie mogli zrozumieć, że rezygnuję z radzieckiego obywatelstwa, najlepszego na świecie. W ambasadzie patrzyli na mnie jak na wariatkę.
Co panią właściwie skłoniło, żeby związać się ze Stawińskim?
- Pan S. potrafił wzbudzać moje najgorsze instynkty, irytować mnie i doprowadzać do stanu wrzenia, ale w jednym nikt nie mógł go zastąpić: nigdy się przy nim nie nudziłam, ani przez chwilę. On miał ciężki charakter i ja mam ciężki charakter, więc razem tworzyliśmy bardzo zgodne małżeństwo. Mogłam na niego nakrzyczeć, a on się nie obrażał. Mówił: "Poczekaj, Dżiba, dostanę zawału i wtedy dopiero będę dobrym mężem". Więc ja ciągle czekałam na jego zawał. Nigdy go nie miał.
Zdarzały się ciche dni, gdy jedno nie odzywało się do drugiego?
- W ciągu ostatnich lat już nie. Na początku próbowałam czegoś takiego, ale się nie udało. Stawiński zawsze mnie rozśmieszył. Poza tym był nadzwyczajnie wykształcony i oczytany. Opowiadał, a ja tkwiłam obok zasłuchana. Był bardzo ciekaw świata, dużo razem jeździliśmy.
W PRL-u lat 60. dalekie podróże były rzadkością. Jak państwu się to udawało?
- Do Polski przyjechał francuski producent Pierre Roustang. Poznał Jerzego. Zaczęli omawiać wspólny scenariusz - że to musi być coś młodzieżowego, wesołego. Tak powstała nowela do filmu "Miłość dwudziestolatków", którą nakręcił Wajda. Od tego zaczęła się współpraca Stawińskiego z Francuzami. Za franki oczywiście. A jak już miał franki, to hulaliśmy po świecie.
Pan S. natychmiast kupił sobie peugeota. Takiego z dziurą w dachu. Pojechaliśmy nim do Francji i Włoch. Prowadził tylko on, ja nie miałam wtedy prawa jazdy. Samochód lokował się bardzo daleko w moich gruzińskich marzeniach. W drugą taką podróż pojechaliśmy peugeotem z Konwickimi. Danka Konwicka ciężko znosiła jazdę samochodem. Konwickiemu coś wtedy wydano w Paryżu, chciał odebrać honorarium, żeby kupić żonie prezenty. Danka była zachwycona.
Po peugeocie mieliśmy renault, a potem nawet ładę - tylko dlatego, że ja zaczęłam prowadzić. Bo jeśli mam rozbijać samochody, to żeby to nie były te najdroższe. Prowadziłam, gdy pan S. miał już problemy z oczami.
Czy za granicą Stawiński ciągał panią po muzeach?
- Po muzeach to ja go ciągałam. On chciał chodzić na kawę i do znajomych. Bardzo lubił spacerować po miastach, wylegiwać się na plaży i kąpać w morzu. Nad morzem, koło Cannes, mieszkał jego znajomy - Francuz. Był komunistą, który na złość Amerykanom ożenił się z Murzynką. Żeby ich pogrążyć jeszcze bardziej, wybrał sobie najładniejszą i bardzo zgrabną. Przywiózł ją ze Stanów do Francji.
Gdy ich odwiedziliśmy, Murzynka cały czas do mnie szczebiotała, a ja prawie nic z tego nie rozumiałam. Trudno było zgadnąć, czy to po francusku, czy po angielsku.
Źródło: Duży Format