Nawet stutysięczny stadion FNB w Soweto - nazwany tak na cześć First National Bank, który zapłacił za jego budowę - nie pomieścił wszystkich, którzy przybyli wyrazić gniew po śmierci Chrisa Haniego. Zamordował go biały zamachowiec.
1993. Biały gołąb na trumnie
Hani był bożyszczem biedoty i młodzieży, władcą dusz mieszkańców czarnych przedmieść Johannesburga, którzy nie chcieli już dłużej czekać, aż poprawi się ich los, i ani myśleli układać się z białymi. Minęły trzy lata, odkąd rząd w obliczu ulicznych zamieszek, strajków i międzynarodowego ostracyzmu wypuścił z więzienia Nelsona Mandelę, uznawanego przez czarnoskórych mieszkańców Południowej Afryki za ich przywódcę. Mandela, skazany na dożywocie za walkę z apartheidem, po 27 latach więzienia wyszedł na wolność, by dokończyć rewolucję.
Ale po trzech latach w Południowej Afryce wciąż rządził biały prezydent, a młodzi buntownicy z Soweto, Alexandry i Thokozy nie rozumieli, dlaczego Mandela nie sięga po władzę, lecz układa się z białymi i wciąż im ustępuje. Wystarczyłoby przecież jedno jego słowo, a ruszyliby dla niego na wojnę.
Młody Hani na wiecach nie opowiadał o wybaczaniu białym krzywd i pojednaniu, lecz nawoływał do rewolucji. Jego rozumieli, z nim się zgadzali. A teraz został zabity przez jednego z białych, z którymi Mandela kazał żyć w zgodzie.
Powiadano, że zamachowiec zastrzelił Haniego właśnie po to, by popchnąć jego wyznawców do zemsty i wojny. I rzeczywiście, od dnia śmierci Haniego w Johannesburgu, Kapsztadzie i Durbanie nie ustawały demonstracje i zamieszki, które zwykle kończyły się rabunkami sklepów. Gazety zapowiadały nadejście wielkiej wojny, od dawna oczekiwanej w Południowej Afryce.
Wojny, a nie pokojowe rokowania rozstrzygały dotąd wszystkie konflikty w historii tego kraju. Najpierw, na początku XIX wieku, miały miejsce krwawe podboje innych afrykańskich ludów przez zuluskich królów Szakę i Dingaana. Potem - wojny o ziemię, bogactwa i władzę toczone przez białych przybyszów z Zulusami i białych między sobą - bo Burowie, potomkowie pierwszych białych osadników, zbuntowali się przeciwko zachłannym Brytyjczykom. Zwycięzca zawsze zabierał tu dla siebie wszystko. Wolność dla jednych oznaczała niewolę dla innych.
Nic dziwnego, że wielu białych uznało wypuszczenie z więzienia Mandeli za zapowiedź Sądu Ostatecznego. Ku ich zdziwieniu, zamiast nawoływać do zemsty, Mandela mówił o wybaczeniu i pojednaniu. Przekonali się do niego, przestali się go bać. Przerażał ich za to Hani i zapatrzeni w niego młodzi z czarnych przedmieść.
Dzień zemsty miał nadejść podczas pogrzebu Haniego. Uroczystości żałobne postanowiono urządzić na stadionie FNB w Soweto, skąd trumna ze zwłokami miała zostać przeniesiona na odległy o 30 kilometrów cmentarz Elspark.
- Jeśli przeżyjemy ten dzień, to może wszystko się jakoś ułoży - powtarzał mi znajomy południowoafrykański fotoreporter. - Jeśli nie - to niech Bóg ma nas w swojej opiece.
W przeddzień pogrzebu telewizja niemal do północy nadawała orędzie Mandeli: - Najlepszym hołdem dla Chrisa Haniego będzie, gdy poczekamy spokojnie do wolnych wyborów i w nich zwyciężymy - mówił. - Nie da się zmierzyć naszego bólu i gniewu. Ale nie dajmy się sprowokować tym, którzy chcą nam odebrać tak bliską już wolność.
Dzień później śródmieście Johannesburga, zwykle tłoczne i gwarne, opustoszało. Puste ulice i trotuary, zamknięte urzędy i sklepy. Zdawało się, że wszyscy poszli na stadion, na pogrzeb, a miasto zamarło w oczekiwaniu na wyrok.
Wypełniony po brzegi stutysięczny stadion kipiał tymczasem gniewem i żądzą zemsty. Zgromadzeni na trybunach nie chcieli słuchać przemów i modlitw o pokój i pojednanie. Woleli śpiewać rewolucyjne pieśni o walce, męczeństwie i zwycięstwie. Nieuważnie i z rozdrażnieniem słuchali Mandeli, dali się uwieść tylko arcybiskupowi Desmondowi Tutu, który jak nikt potrafił hipnotyzować tłumy.
Wokół stadionu trwały rozruchy. Jasnym ogniem płonęły baraki na przedmieściach Soweto. Na wiadukcie autostrady dymiło kilka samochodów podpalonych przez demonstrantów. Uzbrojeni w kamienie i butelki z benzyną obrzucali nimi żółte policyjne wozy pancerne. Policjanci strzelali z rzadka, ale pędzące na sygnale ambulanse wywiozły z wiaduktu przynajmniej kilku zlanych krwią demonstrantów.
W południe kondukt żałobny ruszył ze stadionu na cmentarz. Tam również doszło do rozruchów. Pandemonium nastąpiło, gdy podczas składania trumny do grobu podwładni Haniego z partyzanckiego wojska Włócznia Narodu postanowili oddać salwę honorową.
Na odgłos wystrzałów na cmentarzu wybuchła chaotyczna kanonada. Strzelali zdezorientowani policjanci, ale także żałobnicy, bo wielu z nich przyszło z bronią. Jedni chowali się za nagrobkami, inni pędzili na oślep przed siebie, tratując mogiły. "Przerwać ogień! Rozkazuję przerwać ogień!" - wołał przez megafon Tokyo Sexwale, przyjaciel Haniego i jeden z najważniejszych czarnoskórych przywódców.
Na koniec pogrzebu nad grobem Haniego miano wypuścić w powietrze stado białych gołębi. Kiedy padły strzały, jeden z przerażonych ptaków sfrunął na wieko opuszczonej do mogiły trumny.
Uznano to za dobrą wróżbę.
1994. Władza należy do nas
Rok później na stadionie FNB Mandela pozdrawiał swoich zwolenników i winszował sobie zwycięstwa. A im wolności. Choć do wyborów, zamykających epokę 350 lat białych porządków na południu Afryki, zostało jeszcze kilka-naście dni, ich wynik był rozstrzygnięty. Zwycięzcą i pierwszym czarnoskórym prezydentem kraju miał zostać Mandela.
Źródło: Duży Format