Czy są zeszyty w trzy linie? - przerywa dziewczynka z pieniążkiem w piąstce.
- Nie. Tylko w jedną i w kratkę, ale do Feniksa podejdź, do spożywczego.
- A plastelina ile kosztuje?
- 3,80.
- To dziękuję.
- Proszszsz...
Pani Grażyna bardzo lubi zaszeleścić przeciągle tym słowem. Zeszyty, kosmetyki, proszki i płyny do prania ma za plecami, papierosy - na lewej ręce, czasopisma i gazety - na prawej, a bilety autobusowe w szufladzie z pieniędzmi. Ciasno. Kiedy koło niej siadam, dla pana Jerzego, jej męża, zostaje tylko miejsce stojące. Ona ma 53, on - 55 lat.
Sporadyczna grupa osób - Teraz ludzie pytają, ile kosztuje, i nie kupują - mówi pani Grażyna. - Kryzys. Nie wiadomo, z czym do człowieka wyjść. Czasami starym klientom do papierosów zapalniczkę damy albo jakąś zabawkę. Bo się zna tych mieszkańców. Otwieram sobie okienko i rozmawiam. Od samego rana, od 5.30. I dowiaduję się więcej jak ksiądz na spowiedzi.
- I włączyła się pani do walki z Czeczenami, kiedy...
- Słucha pan! Ja osobiście nic do nich nie mam, ale dochodzi do incydentów z naszą młodzieżą, na Wesołej ranili człowieka nożem, kradną...
- Zna pani kogoś, kto się pobił?
- Nie, ale słyszałam takie rzeczy. I normalnie boję się chodzić po mieście. Dlatego się włączyłam. Nawet powiedziałam w oczy naszemu posłowi, że on będzie mnie miał na sumieniu. Bo on to zaczął. Publicznie zażądał od Urzędu do spraw Cudzoziemców likwidacji łomżyńskiego ośrodka dla uchodźców.
- Mówi pani o Lechu Kołakowskim z
PiS-u.
- Tak. Nasz człowiek. Poseł z Łomży. A ty, Jurek, opowiedz, jak szedłeś w sylwestra, a oni stali na rogu.
- To nasi byli...
- Nasi? Ale słucha pan. Dlaczego my mamy ich mieć u siebie na terenie? Tę całą zbieraninę? My już mieliśmy Cyganów, proszę pana! Jeszcze tu mieszkają.
- Od setek lat.
- No. Teraz już jest z nimi dobrze, bo jakoś mało się ich zrobiło i nie rozrabiają. A ci z naszej ulicy to całkiem w porządku byli. Nawet pranie zostawiało się na sznurach i nie ginęło. Raz tylko obiad nakładam, patrzę przez okno, a taki mały Cyganek prowadzi rowerek na trzech kółkach. Całkiem jak naszej córki. Rzucam gary, biegnę, draps za rękę i: "Prowadź do matki!". Prowadzi i ja: "Słuchaj, on mnie rower ukradł", a ona...
- Chciał się tylko przejechać.