Zofia Pinchinat-Witucka: Bardzo chcę zbudować szkołę na
Haiti.
Wojciech Tymowski: Dlatego, że jest pani pół-Haitanką. - Jestem absolutnie Polką. Cieszę się, że tak się potoczyło moje życie, że tu przyjechałam i tu dorosłam.
Pamięta pani pierwszy dzień w Polsce? - Dzień? Nie..., pamiętam początki w Polsce, migawki. Miałam siedem lat.
Nie mówiła pani po polsku. - A poszłam do pierwszej klasy. Obca, inna. Gdy wychodziłam z domu, wywoływałam zaciekawienie. Mama starała się mnie na to uodpornić. Ale dla mnie to ciągłe wpatrywanie się we mnie to była forma odrzucenia. Znałam inny świat, otwarty, różnorodny, wieloetniczny. Urodziłam się w Kostaryce.
Tam był ten otwarty, różnorodny świat? - To była enklawa. Amerykański ośrodek badań nad problemami rolnictwa i żywienia, w którym pracowali i mieszkali ludzie z różnych krajów, naukowcy, ciekawi świata i siebie. Tam dostał pracę mój tata z Haiti. Rodzice poznali się na stypendium w
USA, oboje zajmowali się agronomią.
To mama zdecydowała, że oboje z bratem jedziecie z nią do Polski? - Rodzice tak zdecydowali. Ale cieszę się, że tu dorastają moje dzieci. Polska jest szczególnym krajem. Pewne wartości są jasno definiowane. Np. ojczyzna. W Polsce to wartość, o którą warto walczyć. Nie wszędzie na świecie to przekonanie jest tak powszechne. To daje człowiekowi tożsamość. Nie mogę się nacieszyć, że Polska tak się szybko zmienia.
Tak szybko? - Niezwykle. Zapominamy, jak było. Ale to tempo to cud. W 20 lat Polska stała się innym krajem. Po 1989 r. wyjechałam z Polski i wróciłam na stałe po dziewięciu latach, w nowe realia. Był 1999 r. Idę Marszałkowską i w pewnej chwili zdaję sobie sprawę, że nikt się za mną nie ogląda. A przecież w Polsce zawsze mój wygląd nadmiernie ludzi zaciekawiał. Pomyślałam, że mój kraj zmienił się naprawdę.
Po powrocie do Polski pracowałam w funduszach przedakcesyjnych, które miały pomóc Polsce przed wejściem do UE. Może ta praca też wpłynęła na to, co robię teraz.
Wciąż się dziwię tym cudownym zmianom w Polsce. Czy mieliśmy kiedykolwiek tak dobre perspektywy, spokój, dostatek? Mam poczucie wdzięczności za to, co się stało, jakiś dług, który powinnam oddać.
Komu? - Francuzi czy
Niemcy nie potrzebują naszej pomocy. Ale są tacy, którym moglibyśmy się przydać. Szkoła na Haiti może powstać dzięki pomocy z Polski. 20 lat temu nie byłoby chyba nas na taki gest stać, dziś tak.
Ludzi to przekonuje? Zwykle chętniej pomagamy tym, którzy są blisko. - Kiedyś w Europie też tak można było powiedzieć o Polsce, że to kraj zza żelaznej kurtyny, geograficznie bliski, jednak daleki, niewart zainteresowania. A jednak ktoś podjął ryzyko walki o nas, mimo że na Zachodzie było wiele obaw o skutki integracji.
Wiem, że była w Polsce powódź, mnóstwo ludzi potrzebuje wsparcia. Zdecydowaliśmy, że ze środków zebranych w czasie zawodów sportowych w Płocku połowę oddamy na powodzian. Wesprzemy rodzinę z Sandomierza. Jednak nie możemy zapominać, po co jesteśmy. Fundacja Polska - Haiti powstała, by przypominać o tragedii na Haiti. W Port-au-Prince 1,5 mln ludzi koczuje pod namiotami, na które co noc leją się strugi deszczu. Ich też zalewa woda, pod namiotami osuwa się ziemia. W lipcu zaczną się huragany.