Renata Grochal: Jest pani zwolenniczką parytetu?
Małgorzata Tusk: W mojej rodzinie jest parytet - ja, córka i synowa oraz mąż, syn i wnuk Mikołaj. Skoro parytet sprawdza się w domu, to może należałoby zastanowić się, czy nie rozciągnąć go na szerszą przestrzeń, parlament czy samorząd. Parytet na pewno poprawiłby sytuację kobiet w Polsce. Dziś jest zdecydowanie za mało kobiet nie tylko w Sejmie, ale i w samorządach. Za mało kobiet chce kandydować w wyborach. Parytet mógłby zachęcić je do udziału w życiu politycznym. Parytety zostały wprowadzone w wielu krajach i nikomu nie przeszkadzają.
Przeciwnicy parytetu mówią, że upokarzałby kobiety, bo dostawałyby miejsca na listach tylko ze względu na płeć, a nie na kompetencje.
- Nie zgadzam się, że parytet upokarzałby kobiety. W ogóle to do mnie nie trafia. A jak zmierzyć kompetencje mężczyzn, którzy dostają miejsca na listach wyborczych? Dlaczego to kobiety muszą udowadniać, że mają kompetencje, a kompetencje mężczyzn uznaje się za oczywiste?
Przeciwnicy parytetu mówią, że po jego wprowadzeniu byłyby problemy ze znalezieniem kobiet na listy. Dziś jest ich średnio około 20 proc. na listach. W Sejmie mamy 20 proc. kobiet, a w Senacie 8 proc.
- Polityka jest sferą, której kobiety się obawiają, czy wycofują się z niej, bo zbyt dużo w niej walki i bezwzględności. Możliwe, że parytet ułatwiłby podjęcie decyzji kobietom, że warto wykonać ten wysiłek i jednak do polityki wejść.
Niektórzy chcą, żeby zamiast ustawowego parytetu partie same zobowiązywały się do jego przestrzegania.
- Dobrze byłoby, gdyby partie same wprowadziły parytet. Ale tak się nie dzieje, choć mój mąż przywiązuje wagę do tego, żeby jak najwięcej kobiet kandydowało z list PO i w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego Platforma wprowadziła najwięcej kobiet. Jednak nie chodzi o to, żeby parytet był w jednych czy drugich wyborach, tylko żeby działał dłużej niezależnie od tego, kto będzie szefem ugrupowania. Dlatego myślę, że trzeba wprowadzić ustawę.
Wprowadzenie parytetów - choćby na początek 30 proc. - zmieniłoby coś w polskiej polityce. Moglibyśmy sprawdzić, jak to działa. Czy kobiety rzeczywiście bardziej chcą działać w sferze społecznej, czy zajmować się czymś innym.
Rozmawia pani o parytecie z mężem? Premier w wywiadach deklaruje, że jest za parytetem, a ustawa Kongresu Kobiet utknęła w komisji sejmowej, którą kieruje polityk PO.
- Mąż absolutnie jest za ustawą o parytecie, ale rozumie trudność w przeprowadzeniu jej w Sejmie. Musi być większość za takim projektem. Trzeba ją zdobyć. Tak jak ciężko jest w Sejmie mówić o kwestiach światopoglądowych, np. o zapłodnieniu in vitro, tak i parytet wywołuje duże emocje.
Dlaczego przyszła pani na Kongres Kobiet? W ubiegłym roku pani nie było.
- Dostałam zaproszenie i pomyślałam, że to jest świetny pomysł, żeby się tutaj zjawić, tym bardziej że sama przez wiele lat prowadziłam w Sopocie organizację pozarządową. Później byłam prezesem Stowarzyszenia Mieszkańców Sopotu "Dialog". Celem tej inicjatywy było zwiększenie aktywności mieszkańców. Współpracowaliśmy z organizacjami kobiecymi, organizowaliśmy szkolenia, treningi. Bardzo doceniam taką prospołeczną działalność. Myślę, że wszelkie ruchy, w których ludzie potrafią odnaleźć się poza organizacjami ogólnopaństwowymi czy samorządowymi, są sensem działania nowoczesnego człowieka XXI wieku.
Źródło: Gazeta Wyborcza