Czy powinniśmy już powoli żegnać się z tanimi towarami "made in China"? Tak wynika z komentarza opublikowanego w oficjalnym "Dzienniku Ludowym", który zwykle przekazuje narodowi przemyślenia kierownictwa partii i państwa. Pisze on, że "model rozwoju Chin musi się zmienić, już zresztą znajduje się w punkcie zwrotnym".
Argumenty, które przytacza redakcja, są znane od dawna i powtarzane na międzynarodowych forach ekonomicznych: fenomenalny wzrost Państwa Środka, który uczynił z niego już trzecią gospodarkę świata, tuż za Japonią, jest zbyt zależny od eksportu i od taniej siły roboczej. Pokazał to ostatni kryzys, rynki zagraniczne się skurczyły i spadł popyt na produkty "made in China".
Od dwóch lat
Chiny mówią o potrzebie rozwoju rynku wewnętrznego, ale 1,3 miliarda Chińczyków ciągle mało kupuje, większość z nich klepie biedę.
"Dziennik Ludowy" cytuje też niedawne wystąpienie chińskiego premiera Wen Jiabao. Po niedawnej fali strajków na południu Chin premier powiedział, że najwyższy czas, by zadbać o chińskich robotników sezonowych.
Chodzi o największą armię pracowników na Ziemi, 150-200 milionów tanich robotników ze wsi zatrudnionych na budowach i w fabrykach. We własnym kraju są nazwani robotnikami wędrownymi i mają status nielegalnych emigrantów. W Chinach od lat 50. obowiązuje unikalny system rejestracji ludności hukou - osobny dla wsi i dla miast. Migrantom ze wsi trudno się zameldować w mieście, system opiera się na założeniu, że odpracują swoje i z oszczędnościami wrócą na wieś.
Za zgodą chińskich władz tania siła robocza jest do tej pory bezlitośnie wyzyskiwana. Od lokalnej administracji Pekin oczekuje zapewnienia wysokiego wzrostu
PKB i utrzymania spokoju społecznego. Robią to ściągając obcy kapitał, a ten z kolei wybiera Chiny z powodu ich obfitej, taniej i posłusznej siły roboczej. Ten model wzrostu nazwano "made in China".
- Jego zmiana zajmie lata - zauważa Jon Folley, specjalista ds. Chin, w artykule w "Le Monde". Ale wystąpienie premiera i komentarz w partyjnej gazecie to sygnały z góry do lokalnych rządów, żeby poprawiły los tanich robotników. Czy go posłuchają? Folley w to wątpi: - Pekin wymaga od lokalnych rządów dwóch rzeczy sprzecznych naraz: szybkiego wzrostu, co wymaga zaspokojenia oczekiwań kapitału zagranicznego, i poprawy warunków życiowych robotników...
Na razie rząd wykonuje gesty wobec robotników. W Pekinie premier Wen Jiabao odwiedził linię metra w budowie i rozmawiał z robotnikiem ze wsi, pytając go o warunki życia. Powiedział, że takim jak on Chiny zawdzięczają swój wzrost. Wezwał naród, by traktował tych, którzy mu budują miasta, jak własne dzieci.
To zapewne reakcja na niepokojące sygnały z południa kraju, gdzie doszło w ostatnich tygodniach do dużych strajków. Stanęły m.in. tajwański koncern Foxconn oraz Honda i Toyota. Foxconn, elektroniczny gigant, który produkuje elektronikę dla
Apple,
Sony, Della i Hewlett-Packard, podniósł zarobki o dwie trzecie. Honda obiecała podwyżki o 24 proc. Jej robotnicy zawiesili strajk, ale grożą, że do niego wrócą, jeśli umowa nie zostanie zrealizowana.
Uwagę mediów zwróciło to, że strajkujący są młodzi, biegli w internecie i dobrze zorganizowani. Mimo braku związków zawodowych, które są zakazane w Chinach, zorganizowali się, wyłonili delegatów i dotarli do odważnych prawników w Pekinie, prosząc o poradę. Chińskie media piszą o nich mało, ale w tonie sympatii. Zapewne dlatego, że strajki miały miejsce w fabrykach zagranicznych.