Adam Leszczyński: Był pan jednym z twórców polityki zagranicznej ekipy Busha, którego powszechnie uważano za idealistę w polityce zagranicznej: wysyłał żołnierzy amerykańskich, żeby budowali demokrację w Afganistanie czy w Iraku. Czy Obama w polityce zagranicznej jest realistą, czy idealistą? David J. Kramer*: Jeżeli rozumiemy przez idealizm troskę o demokrację i prawa człowieka na świecie, to dorobek Obamy jest bardzo słaby i rozczarowuje.
Po ponad roku sprawowania władzy prezydent wydaje się pragmatykiem, bardzo skoncentrowanym na tym, żeby załatwiać konkretne interesy z konkretnymi krajami. W tym na pewno jest jakaś wartość. Niestety, podporządkowuje tym celom sprawy wartości uniwersalnych - demokracji, praw człowieka - które są u niego daleko na liście.
Przykładów jest wiele. Weźmy
Chiny: Obama nie spotkał się z Dalajlamą, przywódcą Tybetańczyków, żeby nie drażnić Chin. Kiedy sam pojechał do Chin, praktycznie w ogóle nie podniósł kwestii praw człowieka! W dodatku nie pojawił się publicznie, wyłącznie w sytuacjach w pełni kontrolowanych przez władze. Nawet spotkanie ze studentami uniwersytetu było w całości wyreżyserowane.
Jest za miękki wobec Chin? - To nie takie proste. Nadal sprzedajemy broń Tajwanowi, więc nie pozwolił Chinom w każdej sprawie postawić na swoim. Poza tym jesteśmy u nich bardzo zadłużeni, więc polityka wobec nich musi być skomplikowana. Ale ignorowanie kwestii praw człowieka nie pomoże ułożyć normalnych relacji z Chinami, a tam sytuacja pod tym względem się nie poprawia. Ważne, żeby
Ameryka mówiła głośno o naruszeniach praw człowieka w Chinach - czy to kiedy Google ma tam problemy z cenzurą, czy kiedy władze aresztują aktywistów walczących o prawa człowieka.
Obama lekceważy łamanie praw człowieka nie tylko w Chinach. W Iranie administracja nie zareagowała znacząco w czasie zielonej rewolucji i brutalnie tłumionych protestów. Zachowała się rozczarowująco w sprawie Egiptu, w którym toczy się gra o sukcesję po prezydencie Mubaraku i gdzie nie poparliśmy demokratycznej opozycji.
Są też sprawy drobne Np. Obama spotkał się z prezydentem Nazarbajewem z Kazachstanu. W przemówieniu wydawał się porównywać kłopoty w umacnianiu demokracji w Kazachstanie i w Stanach Zjednoczonych! To byłoby zabawne, gdyby nie było smutne. To już nie realizm, to surrealizm.
Nazarbajew jest dyktatorem: tu ma pan rację. Ale czy sam wybór Obamy nie zrobił więcej dla promowania demokracji na świecie niż wszystkie wojny Busha? Jego wybór pokazał Stany Zjednoczone od najlepszej strony: podkreślając szanse, które mają wszyscy ludzie w Ameryce. - Wybór Obamy to rzeczywiście fantastyczny moment dla Stanów Zjednoczonych. Myślę jednak, że prezydent nie wspiera wystarczająco podobnych aspiracji w innych krajach. Wygłasza czasami dobre przemówienia, ale w ślad za nimi nie idą żadne działania.
Pewnym wyjątkiem od tej reguły jest Rosja. Tu Obama całkiem nieźle sobie radzi. Nie tylko mówi o demokracji, ale w czasie wizyty w Moskwie w lipcu 2009 r. spotkał się z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego i opozycji.
Sądzę, że drugim problemem tej administracji jest podskórne przekonanie, że politykę uprawia się z wielkimi mocarstwami - czyli np. z Rosją. Innym krajom byłego ZSRR nie poświęca się tyle uwagi, na ile zasługują.
Rozmawiamy z Rosją i Chinami, a mniejsze kraje - nawet sprzymierzeńcy - mało się liczą? - Administracja ignoruje wieloletnich sojuszników w Europie, np. Miedwiediew i Obama spotykali się wielokrotnie. Rozmawiali przez telefon przynajmniej kilkanaście razy. Żadnemu europejskiemu przywódcy nie poświęca się tyle uwagi. Myślę, że nasi najpewniejsi sprzymierzeńcy - zarówno w "starej Europie", jak mówił kiedyś Donald Rumsfeld, jak i w "nowej" - są zaniedbani.
Jeśli nie liczyć Kanady i Australii, administracja w ogóle nie wspiera tradycyjnych sprzymierzeńców i wydaje się nimi mało interesować.
Myślę, że Obama traci poparcie w Europie. Jeździ tam rzadko. Wyjazd do Kopenhagi na ogłoszenie wyboru miasta goszczącego olimpiadę w 2016 r. to był jakiś żart. Wyjazd na konferencję klimatyczną w Kopenhadze tylko potwierdził najgorsze obawy Europejczyków - bo Obama rozmawiał głównie z Chińczykami i innymi krajami spoza Europy. Takich wpadek jest dużo więcej. Obama zdecydował, żeby nie robić szczytu
Unia Europejska - Stany Zjednoczone na jesieni. Przeprowadził w fatalnym stylu decyzję o wstrzymaniu planów budowy tarczy rakietowej.
Kiedy pojechał do Pragi podpisać nowy traktat rozbrojeniowy START z Miedwiediewem, spotkał się wprawdzie z przywódcami krajów środkowoeuropejskich, ale tylko zaprosił ich hurtem na kolację. Dobrze, że zjadł z nimi kolację - ale to jeszcze nie jest polityka zagraniczna.
Naprawdę mówi pan tyle, że jego polityka wydaje się realistyczna, a w praktyce to porażka? Bo to nie są komplementy. - Jest prezydentem dopiero rok. W pewnych obszarach odniósł sukces - np. zmienił ton w relacjach pomiędzy Ameryką a Rosją. Podpisanie układu START to niewątpliwe osiągnięcie. Ale w relacjach amerykańsko-rosyjskich nadal jest wiele problemów. W administracji jest przekonanie, że ten "reset" we wzajemnych stosunkach zadziałał. Moim zdaniem za wcześnie, by tak mówić.
Podpisanie układu START miało być najłatwiejszym do rozstrzygnięcia problemem w naszych relacjach - a zajęło więcej czasu, niż się spodziewano.