Biskupi prezentowali ją zwykle z ambony, często w "Naszym Dzienniku". Wydaje się, że o wiele częściej niż wzorowego radykalnego katolika Marka Jurka mieli na myśli Jarosława Kaczyńskiego. Słowem-kluczem ostatnich tygodni stało się "sumienie". Angażowanie się Kościoła w spór o ustawę regulującą in vitro bp Stefanek nazywał "uwrażliwianiem sumień". Bp Adam Lepa w "Naszym Dzienniku" od katastrofy w Smoleńsku, która pomaga "dostrzec zakamuflowane mechanizmy kłamstwa" płynnie przeszedł do wzoru prezydenta: człowieka sumienia, wykazującego "dojrzały patriotyzm". Jak przekonywał bp Lepa, nie należy skupiać się na takich cechach kandydata jak "poczucie humoru, zdolności krasomówcze". Ostrzegł także przed Polską jako krajem "marionetek politycznych bez indywidualności i siły charakteru". Nazwiska nie padły, nie musiały.
Do sumienia odwołał się abp Józef Michalik w Boże Ciało. "Domagał się od rodaków", aby wsparli "grupę i człowieka kierującego się sumieniem". Czyli kogo? "Przywódców, którzy potrafią bronić praw natury, prawa Bożego, prawa narodu do własnej historii".
Z wielu ambon ogłoszono jednocześnie, komu sumienia zabrakło. Po tragedii w Smoleńsku biskupi zaczęli rozliczać krytyków zmarłego prezydenta Kaczyńskiego. Politykom PiS było na rękę, gdy abp Stanisław Gądecki na mszy w intencji ofiar katastrofy stwierdził, że „przez całe cztery lata szargano osobę prezydenta”, czy kiedy przewodniczący Episkopatu dowodził, że „nowe oblicze narodu” należy docenić także dlatego, że „ten naród przez własnych synów był przez ostatnie lata niejednokrotnie boleśnie wyszydzany jako ten, który stróżem majestatu Rzeczypospolitej uczynił człowieka nie pasującego do ich kryteriów współczesności”. Albo gdy abp Edward Ozorowski na uroczystościach żałobnych wprost uderzył w PO robiąc aluzję do wypowiedzi b. ministra sportu w rządzie PO Mirosława Drzewieckiego: „Prezydent Kaczorowski [zginął w katastrofie] nigdy nie nazwał Polski krajem »dzikim « i nigdy nie wypowiedział pod jej adresem słów przykrych bądź też nikczemnych”.
Po mocnym wstępie napięcie przedwyborcze w Kościele stopniowo opadało, by w kilka tygodni po żałobie narodowej znów znaleźć ujście. W kampanię włączyli się biskupi z Rady Episkopatu ds. Rodziny, ogłaszając, że ludzie wykonujący in vitro i ci którzy "ustanawiają prawa" zezwalające na sztuczne zapłodnienie nie mogą przystępować do Komunii świętej. To oświadczenie poprzedziła akcja "Naszego Dziennika", który wytropił podchodzącego do komunii Bronisława Komorowskiego. Kard. Nagy w rozmowie z radiomaryjną gazetą skwapliwie potwierdził, że kandydat PO na prezydenta nie powinien przyjmować komunii dopóki nie zmieni poglądów. Także późniejsze komentarze biskupów pokazały, że w akcji bardziej chodzi o kampanię niż sakramenty. Na łamach "ND" bp Stanisław Stefanek z Rady ds. Rodziny ostrzegał przed "formacją, która będzie namawiać do zabijania dzieci", wspomniał też o "formacjach politycznych, które są z góry obciążone defektem moralnym", które
Kościół powinien "odpowiednio ocenić". I nie jest to - zastrzegał - żadne "wtrącanie do polityki".
Zapewne to z powodu burzy wokół komunii
Jarosław Kaczyński umykał przed pytaniami o stosunek do in vitro, za co zganił go m.in. "Gość niedzielny". Nie zyskał też punktów u lidera Episkopatu. Abp Józef Michalik zadeklarował na łamach "ND", że "zagłosuje na kandydata, który pokazał, że potrafi bronić życia niezależnie od układów" (czyli na Marka Jurka). Pozostali biskupi najwyraźniej nie są tak pryncypialni. Bp Kazimierz Ryczan 3 maja bronił Jana Pospieszalskiego, współautora reportażu "Solidarni 2010" lansującego spiskową teorię rosyjskiego zamachu w Smoleńsku (nadano go w
TVP 1 w dzień ogłoszenia startu Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich) Podpisanie przez marszałka Sejmu i sprawującego funkcję prezydenta Bronisława Komorowskiego ustawy o
IPN bp Ryczan skwitował, że "funkcjonariusze zakłamania z PRL mogą spać spokojnie". Wreszcie w Radiu Kielce wprost przyznał, że jest zwolennikiem PiS.
Kampania w cieniu Smoleńska i powodzi miała nietypowy przebieg także w Kościele. Po raz pierwszy na tle polityki doszło do personalnych starć między biskupami. W radiu Kielce bp Ryczan stwierdzenie abp. Życińskiego, że "Matka Boska jest ponadpartyjna" podsumował, że to "stare cwaniactwo słowne". I wytłumaczył, dlaczego biskupi muszą wchodzić w politykę: "Polityka też jest przedmiotem ewangelizacji, politycy także".
W tym "ewangelizowaniu" oprócz abp. Życińskiego konsekwentnie nie brali udziału m.in. abp
Kazimierz Nycz, kard. Stanisław Dziwisz i abp Tadeusz Gocłowski, stosując się do słów Benedykta XVI sprzed czterech lat, że "nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach polityki, ale życia duchowego".
Przewodniczący Episkopatu, wyznając filozofię podobną raczej do do bp. Ryczana niż papieża, nie wahał się wprzęgnąć w kampanię beatyfikacji ks. Popiełuszki. W "ND" paszkwilanckie artykuły na temat ks. Jerzego tworzone w PRL porównał do krytyki prezydenta Kaczyńskiego stwierdzając z zadowoleniem, że w obu wypadkach "ludzie wbrew propagandzie zachowują zdrowy rozsądek i krytyczne spojrzenie na przesadzoną agitację". Jednak poza abp Michalikiem hierarchowie unikali ryzykownych analogii. Ks. Popiełuszkę przedstawiali jako wzór pojednania. Nawet znany z politycznego temperamentu abp Sławoj Leszek Głódź porównując czuwanie Polaków pod Pałacem do dnia pogrzebu ks. Popiełuszki, ograniczył się do uwagi o Polsce "wyzbytej niechęci, i agresji". Z kolei abp Nycz uznał wręcz, że beatyfikacja byłoby "egzystencjalnym zgrzytem, gdyby jej uczestnicy nie podjęli troski o Polskę, bez podziału na my i wy, na Polskę prawdziwą i inną".
Po której stronie opowie się cały Episkopat: jednoczenia czy wątpliwego "ewangelizowania" polityki, które w rzeczywistości było mniej lub bardziej zawoalowaną agitacją? To okaże się dzisiaj, albo wcale - szczyt obrad biskupów wypada w ciszę wyborczą. Stworzenie wspólnego komunikatu będzie trudne: te wybory spolaryzowała biskupów mocniej niż jakiekolwiek przedtem.