Agnieszka Kublik: Z sondaży wynika, że w tych wyborach prezydenckich frekwencja może być rekordowo niska - ok. 50 proc. W 1995 r., gdy pan walczył z Lechem Wałęsą, w II turze wyniosła 68,2 proc. Jak zachęciłby pan dziś Polaków do głosowania? Aleksander Kwaśniewski, b. prezydent: Nie chce mi się wierzyć, że będzie aż tak niska. Wybory prezydenckie z natury wzbudzają większe zainteresowanie. Dla tych, co się wahają, czy głosować, mam dwa argumenty: z górnej półki i praktyczny.
Po pierwsze, demokracja wymaga uczestnictwa, demokracja pozbawiona obywateli uczestniczących w wyborach więdnie. Polska, która ma takie zasługi w walce o demokrację, powinna być bardziej przywiązana do jednej z podstawowych procedur demokratycznych, czyli wyborów.
Nie wiem, na ile ten argument - nazwijmy go patriotyczny - może kogoś przekonać. Chciałbym, żeby przekonał młodych. Jak ich pytać, czy chcą demokracji, mówią: tak. Więc trzeba iść na wybory.
Po drugie, wybory prezydenckie przy takiej liczbie kandydatów dają pełną paletę możliwości. W I turze można głosować sercem, zgodnie z przekonaniami. Więc mówienie, że nie idę na wybory, bo nie mam na kogo głosować, jest zbyt łatwym usprawiedliwieniem.
Pan w I turze głosuje na Grzegorza Napieralskiego, który nie ma szans na II turę... - ...dopóki głosy nie zostały przeliczone, nie wiemy, kto ma szanse, a kto nie ma.
Poważnie mówi pan, że ma choćby cień szansy? - Dla mnie I tura to jest głosowanie za ugrupowaniem politycznym, z którym czuję się związany. Głosowanie na innych kandydatów niż ta dwójka, która ma szanse wejść do II tury, jest sensowne. Po to jest I tura.
To nie jest marnowanie głosu? - Nie. Gdyby w Polsce było tak jak np. w południowej Ameryce, że jest tylko jedna tura, to być może byłoby to marnowanie głosu. W polskich warunkach to jest pokazanie, że między dwie największe partie, które prowadzą w sondażach od pięciu lat, trzeba próbować się wepchnąć. Dziś mówimy, że to jest marnowanie głosu, a jutro będziemy ubolewać, że scena polityczna jest zabetonowana przez dwie partie.
A gdyby u nas była jedna tura, to pan głosowałby nie sercem, ale rozumiem na Komorowskiego? - Nie namówi mnie pani na takie deklarację. Nie dość, że sam w I turze głosuję na Napieralskiego, to jeszcze namawiam do tego ludzi związanych z lewicą. Dobry wynik Napieralskiego stwarza szanse na lepsze notowania lewicy w wyborach samorządowych i wreszcie na powrót do poważniejszej roli po wyborach parlamentarnych w 2011 roku. Ludzie lewicy na tyle znają reguły polityki, że to rozumieją.
Czyli dopiero w II turze na Komorowskiego? - O tym będziemy rozmawiać po I turze. Ja do rydwanu osób, które na trzy dni przed wyborami zmieniają poglądy i dopisują się do obozu zwycięskiego, nie dołączę.
Chce pan wzmacniać lewicę z Napieralskim? - Demokratycznie wybranym liderem lewicy jest Napieralski. A ja chcę lewicy nowoczesnej, europejskiej, demokratycznej, silnie obecnej na scenie politycznej. Kiedy taka będzie, będę mógł powiedzieć, że z polityki odchodzę na zawsze. A jak tak nie będzie, to będę ciągle ją wspierał.
To jednak pan kandydaturę Marka Belki na szefa NBP konsultował z premierem Donaldem Tuskiem i posłem SLD Ryszardem Kaliszem - poza Napieralskim. Pokazał pan, że nie traktuje go jako lidera lewicy. - Kandydatura Belki to była propozycja marszałka Komorowskiego, za co go doceniam - podjął decyzję odważną, bo nie do końca popularną w samej PO. Zapytał mnie o zdanie i uzyskał odpowiedź, bo ja prof. Belkę znam 20 lat. Nie miałem powodów, żeby w dalszych negocjacjach uczestniczyć. Nie jestem formalną figurą w lewicy, żebym prowadził rozmowy z klubem. A poseł Kalisz spotykał się z marszałkiem Komorowskim w Sejmie.
Ale to Napieralski jest szefem klubu, nie Kalisz. - Jak to marszałek Komorowski rozgrywał, to już nie moja sprawa.
Po smoleńskiej katastrofie mówiło się o nadziei na mniej agresywną, a bardziej merytoryczną kampanię. Nic z tego. To nie zniechęca do głosowania? - Jest poważne pytanie, dlaczego Polska, pionier walki o demokrację w Europie Środkowo-Wschodniej, ma mieć frekwencję na poziomie 50 proc. Ja tego sensownie wytłumaczyć nie potrafię, choć jeszcze jako prezydent analizowałem ten problem z socjologami. Może prawo do wolności wielu traktuje jako prawo do niegłosowania?
Wojna polsko-polska nie jest na szczęście typowo polską patologią. Np. ostatnie kampanie wyborcze w Belgii (gdzie chodziło o sprawy zasadnicze, o jedność państwa belgijskiego) czy na Węgrzech albo Słowacji były twarde i brutalne. Więc nie przesadzajmy.
Ja naszej kampanii nie zarzucam brutalności, tylko niemerytoryczność, bo niewiele dowiadujemy się o programach kandydatów, ich wizji prezydentury.
Ale już na to za późno. Teraz najważniejsze, by bohaterowie polskiej demokracji, czyli polscy obywatele, zrozumieli, że uczestnictwo w wyborach to jest wzmocnienie demokracji. A więc tej wartości, na której Polakom tak bardzo zależało. I wierzę, że zależy nadal.