http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Piłkarskie igrzyska dla bogatych

Wojciech Jagielski, Sharpeville
2010-06-17, ostatnia aktualizacja 2010-06-16 16:55

Sharpeville. Jacob Mosesi na tle muralu przedstawiającego wydarzenia z marca 1960 r. Człowiek z rowerem to jego ojciec
Sharpeville. Jacob Mosesi na tle muralu przedstawiającego wydarzenia z marca 1960 r. Człowiek z rowerem to jego ojciec
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

- Skoro rząd było stać na pobudowanie nowych stadionów, powinno być też stać na stworzenie nowych miejsc pracy i podwyżki zarobków - mówi Jacob Mosesi z miasteczka Sharpeville, w którym przed pięćdziesięcioma laty czarnoskórzy mieszkańcy RPA rozpoczęli walkę z apartheidem

Liczące ćwierć miliona mieszkańców Sharpeville tonie w chmurach czarnego dymu z wypalanej suchej, zrudziałej trawy porastającej okolicę. W labiryncie parterowych domków nie słychać wuwuzeli, plastikowych trąb, którymi południowoafrykańscy kibice świętują trwające od kilku dni piłkarskie mistrzostwa świata, urządzane po raz pierwszy w Afryce. Nie powiewają też kolorowe flagi uczestniczących w turnieju krajów, a w barach nie rozmawia się o piłce nożnej.

- Jak wszyscy w kraju cieszyliśmy się na mundial, liczyliśmy, że coś się zmieni na lepsze. Ale widzimy już, że to były mrzonki, a mistrzostwa, jeśli w naszym życiu coś zmieniły, to raczej na gorsze - mówi Mosesi. - Jeśli ktoś na nich skorzystał, to bogaci z Sandton czy Soweto, ale z pewnością nie Sharpeville. To przykre, bo przecież właśnie u nas wszystko się zaczęło. To nie tak miało być...

W marcu 1960 r. Mosesi miał pięć lat, gdy ojciec zabrał go na wiec przed posterunkiem policji w Sharpeville, czarnym osiedlu leżącym wśród kopalni węgla 60 km na południe od Johannesburga. Mieszkańcy zamierzali protestować przeciwko wprowadzonym przez biały rząd obowiązkowym przepustkom, bez których czarnoskórzy obywatele kraju nie mogli nawet odwiedzać sąsiadów. Wiec w Sharpeville miał być pokojowy, a protestujący, zostawiając w domach przepustki, chcieli się po prostu dać dobrowolnie aresztować.

Na widok wielotysięcznego tłumu policjanci z posterunku wpadli jednak w panikę. Zaczęli strzelać. Zginęło 69 osób, a prawie 200 zostało rannych. Przed komendą policji mały Jacob nie ucierpiał. Ranny został jego ojciec. Kula rozerwała mu udo, strzaskała kość. Został trafiony od tyłu, gdy uciekał. Podobne rany odniosła większość ofiar w Sharpeville.

Te wydarzenia odmieniły na zawsze Południową Afrykę. Odtąd w walce z apartheidem także czarnoskórzy zaczęli sięgać po przemoc, świat ogłosił bojkot rasistowskich władz, a te zdelegalizowały wszystkie murzyńskie organizacje i wtrąciły do więzień ich przywódców. W latach 70. i 80. uliczna wojna z apartheidem przeniosła się bliżej Johannesburga, do Soweto.

- Ale walka z apartheidem zaczęła się właśnie tu, w Sharpeville - mówi Mosesi. - Dziś wszyscy o nas zapomnieli. Tyle że w pobliżu dawnego posterunku policji zbudowano muzeum poświęcone masakrze. A z pracą jest gorzej niż kiedyś, bo z powodu kryzysu zamykają kopalnie.

Władze zapewniały Sharpeville, że przy okazji mistrzostw zjadą do miasteczka zagraniczni turyści, a na miejscowym stadionie będą trenować piłkarze ze Szwajcarii i Wybrzeża Kości Słoniowej. Nie przyjechali ani jedni, ani drudzy.

- Wożą ich tylko do Soweto, jak turystów na safari - skarży się Mosesi. - Choć mecze rozgrywane są zaledwie godzinę drogi od Sharpeville, czujemy się, jakby mundial odbywał się w innym kraju. A jeśli nasza drużyna odpadnie z turnieju, w ogóle stracimy do niego zainteresowanie.

Podobnie jak w innych czarnych miasteczkach rozrzuconych wokół Johannesburga, także w Sharpeville doszło w zeszłym roku do ulicznych demonstracji i zamieszek przeciwko drożyźnie, niekompetencji lokalnych urzędników i niespełnionym obietnicom władz.

- Poczekamy do końca mistrzostw, by nie robić rządowi wstydu przed światem, i znów zaczniemy upominać się o swoje. Skoro było go stać na pobudowanie nowych stadionów, powinno być też stać na stworzenie miejsc pracy, podwyżki zarobków, nowe domy - mówi Mosesi. - Odkąd upadł apartheid, nasi przywódcy troszczą się wyłącznie o bogatych i białych, a nam powtarzają w kółko, że powinniśmy się cieszyć wolnością.

Południowoafrykańscy związkowcy straszą, że ich cierpliwość skończy się wcześniej. Na początku tygodnia strajk ogłosili pracownicy firm ochroniarskich zatrudnionych na czas mundialu przez światową federację piłkarską FIFA. Ochroniarze, zorientowawszy się, że zamiast obiecanych 1,5 tys. randów otrzymają zapłatę dziesięciokrotnie niższą, odmówili pilnowania porządku podczas meczów Niemiec z Australią w Durbanie i Włoch z Paragwajem w Kapsztadzie. Strajki zapowiadają pracownicy elektrowni, nauczyciele, pielęgniarki, policjanci i urzędnicy.

- Nie damy się szantażować rządowi, który odmawia nam podwyżek i przekonuje, że strajkować w czasie mistrzostw jest niepatriotycznie - tłumaczy Mungwena Muleleka z największej w kraju federacji związkowej COSATU. Rząd odpowiada, że to związkowcy sięgają po szantaż i strasząc międzynarodowym skandalem, próbują wymusić na władzach podwyżki.

Rozczarowani są też sąsiedzi Południowej Afryki, którzy podobnie jak mieszkańcy Sharpeville liczyli, że dorobią się na mundialu. Nie rozłożyły jednak u nich kwater ani drużyny uczestniczące w turnieju, ani ich kibice. W dodatku z powodu mistrzostw turyści, którzy zwykle odwiedzali w tym czasie wodospady Wiktorii na granicy Zambii i Zimbabwe czy mokradła Okavango w Botswanie, poodwoływali wakacje.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':