Ruda Śląska, koniec lat 90.
Dorota i Michał Leszczyńscy* chcą adoptować dziecko. Małżeństwem są od niedawna. Kiedy się poznali - sześć lat wcześniej - snuli plany, że będą mieli liczną rodzinę. Tylko że los je pokrzyżował. - Bóg tak chciał -woli mówić Dorota.
Dlatego teraz siedzą w zimnym pokoju ośrodka adopcyjnego i wyłuszczają sprawę pani za biurkiem. Że zawsze marzyli o rodzinie, tylko się nie udało.
Szkolenie trwa dwa lata. Mnóstwo testów psychologicznych. Ale nie skarżą się.
Nawet kiedy słyszą, że Dorota musi odejść z pracy. Bo perfekcyjna adopcyjna mama - zdaniem urzędników - to taka, która z dzieckiem jest stale w domu. Dorota odchodzi z piekarni, gdzie prowadziła księgowość. Czekają.
I nie skarżą się nawet wtedy, kiedy nagle okazuje się, że nikt im dziecka do adopcji nie da. Bo skoro Dorota przestała pracować, zarobki Michała są zbyt niskie, żeby utrzymać całą rodzinę.
Gdynia 2010 r.
Do domu Leszczyńskich ciężko trafić nawet komuś, kto świetnie zna miasto. Droga prowadząca do gdyńskiej dzielnicy Działki Leśne pnie się stromo pod górę, aż bure gierkowskie bloki zostają w tyle, zastępują je eleganckie wille. Na samym szczycie, tuż pod lasem, kilkanaście szeregowców.
Z tarasu na tyłach domu rozciąga się widok na Zatokę Gdańską i miasto. Jak nie ma mgły, wzrok sięga po Hel. Dom jest piętrowy. Biały tynk. I drewniane drzwi z szybką w kolorowe bałwanki. Z głębi szczeka Sara - lubi obskakiwać gości. W przedpokoju wystawka butów. Nic dziwnego: mieszka tutaj 11 osób. W tym dziewięcioro dzieci - troje własnych Doroty i Michała, sześcioro adopcyjnych.
Nikt ciuszków nie chce
"Nigdy nie urodzi pani dzieci". Diagnoza była ostateczna, lekarze nie dawali mi żadnej nadziei -wspomina Dorota. - Ale rok później byłam w ciąży.
- Cud! - orzekli specjaliści.
- Miesiąc później poroniłam. 1997 rok, druga ciąża. Po dziewięciu miesiącach urodziła się Julka. Maleńka blondyneczka, wyczekana. Rok później znowu się udało. Na przekór medycynie. Szczęściara -myślałam o sobie. Ciąży nie donosiłam. Straciłam dziecko w siódmym miesiącu. Tyle mieliśmy ubranek dla noworodka. Nie mogłam na nie patrzeć.
Musimy się tego pozbyć. Obdzwoniłam pięć czy sześć domów dziecka, ale nikt tych ciuszków nie chciał. Aż ktoś się zlitował: niech pani idzie do ośrodka adopcyjnego, może tam wezmą albo komuś dadzą.
Przechodzimy na zawodowstwo
W ośrodku, kiedy dowiadują się, że nie zostaną rodzicami adopcyjnymi, pada inna propozycja: załóżcie rodzinę zastępczą.
Chcą. Znowu zaczyna się korowód testów, szkoleń, prześwietlanie. Ale finał jest szczęśliwy. Dowiadują się: dostaniecie trójkę rodzeństwa - 3,5 - - letnich bliźniaków i 6,5-letnią dziewczynkę. Julka ma pięć lat i już nie może się doczekać nowego rodzeństwa.
- To była przeprawa. W jeden dzień z jednego dziecka przeskoczyliśmy na czwórkę. Życie nam się wywróciło do góry nogami -wspomina Dorota. - A Julka? Ona im chyba serce oddała szybciej niż my. W ciągu tygodnia zdewastowały jej pokój, zniszczyły wszystkie zabawki. W ogóle się nie przejmowała. Nam było ciężej. Do dziś pamiętam, jak weszłam o świcie do pokoju dziecięcego i zobaczyłam cztery rozczochrane głowy. I przestraszyłam się: Boże! To obce dzieci, ja do nich nic nie czuję, a przecież one są całkowicie zależne od nas. Dlatego nie dziwię się, że niektórych ta sytuacja przerasta.
Przez kolejne lata przeprowadzaliśmy się dwa razy. Przekwalifikowaliśmy się na zawodową rodzinę zastępczą. Aw2005 roku, wbrew diagnozom lekarzy, znowu byłam w ciąży. Urodziła się Amelka.
Źródło: Gazeta Wyborcza