W trakcie kampanii prezydenckiej w wypowiedziach zwolenników
PiS przewija się nader często wspomnienie sprzed pięciu lat, jak to
Lech Kaczyński przegrywał w sondażach, przegrywał, przegrywał, ale coraz mniej wyraźnie, a gdy nadszedł dzień wyborów - wygrał.
Do wspomnień dołączono wybrane wyniki sondaży z okresu poprzedzającego wybory w 2005 r., z podkreśleniem, że na tyle a tyle dni przed wyborami tylu a tylu wyborców było za Donaldem Tuskiem, taką a taką przewagę miał nad Lechem Kaczyńskim i teraz mamy o, proszę, dokładnie takie same wyniki, takie same tendencje, więc i rezultat będzie taki sam. Muszę przyznać, że to zestawienie liczb i dat robiło wrażenie. A im bliżej końca wyścigu, tym większy niepokój o Bronisława Komorowskiego. Nie wiadomo, czy przypadkiem historia nie zechce się powtórzyć.
Czy to jest strach uzasadniony? Racjonalnie rzecz biorąc - nie. Pięć lat temu nie znaliśmy całej prawdy. PiS jeszcze nie rządziło. Prezes może był już znany jako zamiłowany burzyciel, ale jeszcze nie rozwinął skrzydeł. Leppera i Giertycha w rolach wicepremierów nie wyobrażali sobie najwięksi fantaści. Gdyby pięć lat temu ktoś przepowiadał, że
Antoni Macierewicz zostanie szefem szpiegów i ich poujawnia - pukano by się w głowę.
Nikt nie mógł przewidywać nieustających igrzysk telewizyjnych Zbigniewa Ziobro, aresztowań ludzi wytypowanych jako przykładowi wrogowie ludu, skoku na telewizję w ciągu jednej nocy i tego wszystkiego, co spowodowało wreszcie mobilizację przeciw głównemu reżyserowi - Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tak, rzeczywiście ugryzł żubra tam, gdzie chciał poeta, i żubr się ocknął. Na szczęście. Ale przed wyborami w 2005 r. to wszystko było jeszcze niewyobrażalne. Proszę sobie przypomnieć: koalicja PiS i PO wydawała się czymś absolutnie naturalnym, spodziewanym i zaakceptowanym. Fakt, że do POPiS-u nie doszło, był dla wielu ogromnym zaskoczeniem.
Dziś
Jarosław Kaczyński ma już bagaż dokonań, które - mam nadzieję - nie ja jeden pamiętam. Trudno znaleźć powody, dla których Kaczyński miałby pokonać Komorowskiego na finiszu. Niestety, wiele się dzieje bez powodu, więc trochę się jednak niepokoję i apeluję do wyborców, żeby przypadkiem nie odpuścili. Wszyscy do urn! Szczególnie w drugiej turze!
Łącznie z moimi Szanownymi Przeciwnikami zresztą. Szanowni! Mam pomysł. Zróbcie może Platformie złośliwy numer: zagłosujcie na Komorowskiego, żeby sprawdzić, czy PO potrafi rządzić także i bez prezydenckiego weta, które było przecież dotychczas takim wygodnym alibi? Wyobraźcie sobie zatroskaną minę Tuska, który mówi "cholera, Bronek wygrał, trzeba się będzie wziąć do roboty!". No? Warto spróbować!