http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Francuzi przygarnęliby francuskich Belgów

Tomasz Bielecki, Bruksela
2010-06-15, ostatnia aktualizacja 2010-06-15 16:46

Gdyby Belgia się rozpadła, większość Francuzów byłaby gotowa przygarnąć frankofońską część tego kraju. - Zjednoczona Belgia leży w naszym wspólnym interesie - zapewnia jednak francuski minister ds. europejskich.

Bruksela: widok na rynek
Fot. Marzena Hmielewicz / Agencja Gazeta
Bruksela: widok na rynek
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Budowa luźnej konfederacji, a następnie aksamitny rozwód między frankofońską Walonią oraz niderlandzkojęzyczną Flandrią (Flamandowie to 60 proc. Belgów) to główny punkt programu Nowego Sojuszu Flamandzkiego (NVA), który wygrał w niedzielnych wyborach. Centrowy NVA Barta De Wevera zdobył ponad 28 proc. wśród Flamandów, a wszystkie partie domagające się secesji Flandrii - łącznie ok. 45 proc.

Co po rozpadzie Belgii stałoby się z Flandrią i Walonią, które wspólnie zbuntowały się przeciw Królestwu Niderlandów w 1830 r. i przy poparciu Paryża oraz Londynu stworzyły katolickie królestwo pełniące wówczas rolę buforu między Francją i Niderlandami?

Najnowsze, choć przeprowadzone jeszcze przed wyborami, sondaże we Francji pokazują, że aż 66 proc. Francuzów byłoby gotowych adoptować Walonię jako nowy departament, ratując tym samym skórę belgijskim frankofonom, którzy przy obecnym stanie swej gospodarki raczej nie zdołaliby zbudować sprawnego i samowystarczalnego państwa.

Pomysł przygarnięcia Walonów cieszył się poparciem 54 proc. Francuzów w 2007 r., które wzrosło już do 60 proc. w 2008 r., choć Paryż nie chce i w żaden sposób nie podsyca nastrojów aneksyjnych. A wzrost francuskich sympatii dla Walonów to głównie wynik relacji medialnych z wewnątrzbelgijskich sporów, w których Flamandowie przedstawiają frankofonów jako uciążliwych i nazbyt kosztownych krewnych.

Sęk w tym, że Walonowie nie mają na razie ochoty na rezygnację z własnego, belgijskiego państwa. Podobnie niderlandzkojęzyczni Flamandowie zdecydowanie nie czują się Holendrami, którzy zresztą lubują się w podkreślaniu fundamentalnych, jak mówią, różnic między nimi i mieszkańcami belgijskiej Flandrii - pomimo wspólnego języka - wskutek tradycji protestanckiej.

Belgia wraz z całym Beneluksem, czyli stojącą u początków integracji europejskiej unią Belgów z Holandią i Luksemburgiem, była często stawiana jako wzorzec dla Unii Europejskiej, bo potrafiła połączyć różne grupy etniczne, które pomimo sporów dogadywały się w najważniejszych sprawach państwa. Dziś obumierający Beneluks, a zwłaszcza Belgia, może obrazować kryzys Unii Europejskiej, gdzie pomimo kilku dekad integracji obecnie wzmacnia się dominacja państw narodowych nad instytucjami wspólnotowymi.

Podobnie jak w Europie, gdzie wokół Niemiec gromadzą się państwa Północy (chwalące się oszczędnością i dynamizmem gospodarczym) narzekające na uboższe, nieruchawe i żądające pomocy Południe, tak i w Belgii na konflikt grup językowych nakłada się - jak mówią Flamandowie - kulturowy spór między bogatą Północą i "zbyt śródziemnomorską" Walonią.

W kampanii wyborczej Bart De Wever wytykał Walonom i dziurawe drogi, i brak dostatecznie wielu radarów policyjnych, i biurokrację, i leniwych poborców podatkowych, i - co najbardziej pomogło mu w sukcesie wyborczym - nadużywanie budżetu Belgii zasilanego w większej części przez Flandrię.

- Czy on cytuje artykuły niemieckich tabloidów o Grecji? - zżymali się frankofoni, choć Walonia, która niegdyś swym węglem płaciła na całą Belgię (co pozwoliło wiejskiej Flandrii rozwinąć sektor usług i nowoczesny przemysł), istotnie ma teraz dwa razy wyższe bezrobocie i o 25 proc. mniejszy PKB na głowę niż Flandria.

Choć rozpadu Belgii nie należy spodziewać się w najbliższych czterech-pięciu latach, to secesja Flandrii już teraz wzbudza duże zainteresowanie m.in. w północnych Włoszech, gdzie separatyzm też jest napędzany hasłami o "uwięzieniu" dynamicznej Padanii w niesprawnym państwie wspólnie z ociężałym Południem.

Kto będzie premierem Belgii

Przywódca frankofońskiej Partii Socjalistycznej Elio Di Rupo ma największe szanse, aby zostać nowym premierem Belgii, bo jego rodzina polityczna (partie walońskich i flamandzkich socjalistów) jest największa w parlamencie federalnym. Objęcie szefostwa rządu nie uda mi się jednak bez poparcia Barta De Wevera, szefa zwycięskiego Nowego Sojuszu Flamandzkiego. Król Albert II przyjął już obu polityków w ramach konsultacji dotyczących nowego rządu, a Di Rupo oraz De Wever mieli wczoraj wieczorem rozpocząć rozmowy dwustronne.

Di Rupo jest synem włoskich imigrantów w Abruzji, zdeklarowanym gejem oraz zdecydowanym lewicowcem, który przed wyborami obiecywał podwyżki m.in. emerytur oraz innych świadczeń socjalnych, które kosztowałyby budżet 7 mld euro w ciągu najbliższych trzech lat. Natomiast De Wever zapowiadał na lata 2011-2014 cięcia budżetowe warte 22 mld euro . Di Rupo sugeruje, że jest gotów na pogłębienie autonomii budżetowej Flandrii, co dla De Wevera byłoby krokiem ku budowie konfederacji.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':