Co pan tam podpisuje? - Pisma do siebie (śmiech). Które ja jako marszałek Sejmu przesyłam do prezydenta Rzeczypospolitej z prośbą o podpisanie. One idą do Kancelarii Prezydenta, tam są - mówiąc językiem urzędniczym - obrabiane, następnie wracają znowu do mnie i podpisuję je drugi raz, ale już jako wykonujący obowiązki prezydenta. Dziwacznie to brzmi, prawda?
Nie, nie. W demokracji procedury są ważniejsze od lidera. - Tu bym podyskutował. Skrupulatne przestrzeganie procedur na pewno mogłoby, co widać z ostatnich nieszczęść, które nas dotknęły, uchronić przed katastrofą lub zminimalizować straty, jakie ponieśliśmy na przykład w ostatniej powodzi. Ale procedury i przejrzystość instytucjonalna to są - według mnie - kwestie techniczne. Zaś rolą lidera jest wyznaczanie kierunku, przedstawianie wizji, artykułowanie marzeń.
Pana...? - Państwo wolnych obywateli. Społeczeństwo obywatelskie. Ale także państwo zdolne do podejmowania odważnych decyzji przyspieszających nasz rozwój gospodarczy. Musimy dogonić stare kraje Unii Europejskiej. Najbogatszych prawdopodobnie się nie uda. Ale te średnie - dlaczego nie? To jest realne.
Zna pan powiedzenie "Ubi concordia, ibi victoria"? "Gdzie zgoda, tam zwycięstwo" - wiedziano już w starożytnym Rzymie. My ubraliśmy je w dobitniejsze słowa: zgoda buduje, niezgoda rujnuje.
Polsce potrzebna jest prezydentura, która Polaków łączy, a nie dzieli. Potrzebny jest prezydent, który będzie budował kładki między partiami politycznymi, różnymi opcjami, sympatiami i antypatiami. Oraz będzie starał się osłabiać ostre podziały partyjne, próbując radykalizmy sprowadzić do sporu politycznego. Spór bowiem jest czymś absolutnie normalnym w demokracji, ale nie musi zamieniać się w wojny.
21 lat temu też był pan radykałem. - Byłem radykałem i kontestowałem Okrągły Stół.
Nawet nie poszedł pan na wybory? - Nie poszedłem. Bo wtedy uważałem, że Okrągły Stół jest zdradą i że komuchy nas oszukają (śmiech). Do grobowej deski będę wdzięczny Tadeuszowi Mazowieckiemu, że dał mi szansę na przeistoczenie się z radykała w człowieka umiaru i kompromisu.
Nagle dostałem wiadomość, że Olek Hall mnie szuka. Został właśnie ministrem w rządzie Mazowieckiego. Rozpuszczalnikiem umyłem ręce z farby drukarskiej - w tajnej drukarni drukowałem kolejną porcję bibuły, że albo wszystko, albo nic - odwiesiłem fartuch na gwóźdź i wyszedłem z piwnicy szukać telefonu.
Olek Hall zapytał, czybym nie został dyrektorem gabinetu ministra w Urzędzie Rady Ministrów. Wiedziałem, że Olek nie chciał kandydować do Sejmu, protestując przeciwko niepełnej reprezentatywności strony opozycyjnej na listach wyborczych. Dużo było takich działaczy solidarnościowych. Szybko podjąłem decyzję i znalazłem się w ekipie rządowej. Na początku w URM-ie było nas, solidarnościowców, chyba ze 20-30 osób.
Wielu pan poznał w obozie internowania w Jaworzu, na poligonie drawskim. - Było tam bardzo ciekawe towarzystwo. Mazowiecki, Woroszylski, Rayzacher, Bartoszewski, Geremek, Drawicz. Sławomir Kozłowski robił nam wykłady o wyższości drogi jugosłowiańskiej w gospodarce. Waldek Kuczyński wygłaszał teorie o sposobach naprawy socjalizmu. Wtedy, w latach 80., prawicowców było niewielu, samo słowo "prawica" brzmiało strasznie podejrzanie. Większość chciała być bliżej socjalizmu, żeby miał tylko ludzką twarz. W Jaworzu tylko cztery osoby uważały, że dość z socjalizmem, najlepszy jest kapitalizm:
Stefan Niesiołowski, prof. Stefan Kurowski, Maciej Rayzacher i ja. Chodziliśmy razem po spacerniaku, wyraźnie czując swoją odrębność polityczną. My - prawdziwa polska prawica. Niepodległościowa. Prokapitalistyczna.
Bo reszta - według was - to byli...? - Lewacy (śmiech) - myślałem.
Wiktor Woroszylski raptem powiedział do mnie: "Chodź, Bronek, musimy porozmawiać, czuję, że ty masz problem ze mną".