W tym roku osoby niepełnosprawne i w podeszłym wieku po raz pierwszy mają prawo głosować przez pełnomocnika. To niewątpliwie osiągnięcie cywilizacyjne, bo przynajmniej dostały szansę głosowania. Do tej pory musiały sobie wyszukać lokal wyborczy teoretycznie dla nich dostępny i tam się zarejestrować. Albo znaleźć sobie kogoś, kto pomoże się im dostać do ich macierzystego lokalu. Osoby niewidome prosiły zaś innych o pomoc w postawieniu "iksa" w odpowiedniej kratce.
Teraz wystarczy dać zaufanej osobie upoważnienie - ona rejestruje je w urzędzie gminy i osoba niepełnosprawna może sobie już darować wyprawę do lokalu wyborczego.
Zapewne część osób to satysfakcjonuje. Choć skorzystało z tego - według niepełnych danych PKW - 3,5 tys. osób, niecały promil uprawnionych do głosowania przez pełnomocnika (wszystkich jest ok. 5 mln, razem z osobami powyżej 75. roku życia).
Prawdopodobnie wielu nie wiedziało, że ma prawo do pełnomocnika, część nie chce głosować, a część nie ma kogo poprosić o tę przysługę. Ale jest wiele osób zainteresowanych osobistym udziałem w wyborach. Podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego osoby niewidome walczyły - z pomocą Fundacji Helsińskiej - o wydrukowanie kart do głosowania w wersji brajlowskiej. Bo konstytucja mówi wyraźnie, że głosowanie jest bezpośrednie i tajne, a więc zmuszanie ich do głosowania za pomocą innych osób łamie konstytucję. Zaskarżyły nawet z tego powodu legalność wyborów. Przegrały.
Sąd Najwyższy stwierdził, że to, iż nie mogły wziąć bezpośredniego udziału w wyborach, nie wpłynęło na ich wynik.
Wcześniej o prawo dostępu do lokalu wyborczego walczyło m.in. rodzeństwo spod Warszawy. Oboje są niepełnosprawni ruchowo, a głosować mieli na piętrze szkoły, bo tam akurat wyznaczono głosowanie dla ich ulicy. Sąd Najwyższy oddalił ich protest. W uzasadnieniu oprócz argumentu, że nie wpłynęło to na wynik wyborów, dodał, że mogli głosować, ale odrzucili propozycję wniesienia ich na górę przez skrzykniętych ad hoc ludzi dobrej woli.
Nikt jakoś nie raczył zauważyć, że osoby niepełnosprawne mają taką samą godność jak każdy. I że tę godność narusza zmuszanie ich do korzystania z pomocy w sytuacji, gdy można stworzyć im warunki do samodzielnego korzystania z ich praw.
Państwo mogło wydrukować karty do głosowania w brajlu. Mogło ustanowić prawo, że komisja wyborcza może się mieścić wyłącznie w lokalu dostępnym dla każdego. I to realnie: nie tylko z podjazdem dla wózka, ale i poręczą, żeby było się czego przytrzymać przy podjeżdżaniu. I żeby były odpowiednio szerokie drzwi. Nie zrobiło tego, więc dostępnych dla niepełnosprawnych - teoretycznie - jest w Polsce 25 proc. lokali wyborczych. A już kpiną jest to, że w szpitalach tak przystosowanych jest tylko 40 proc. lokali wyborczych, zaś w domach opieki - 46 proc. (dane PKW).
Państwo uznało, że dając osobom niepełnosprawnym przywilej głosowania przez pełnomocnika, uwolniło się od obowiązku dostosowania lokali i kart do głosowania.
Nie uwolniło się. Łamie konstytucję, nie gwarantując wszystkim bez dyskryminacji prawa do bezpośredniego i tajnego udziału w wyborach, naruszając zasadę poszanowania godności.