Wyciek złoża BP jest najgorszą katastrofą ekologiczną w historii
USA i jedną z najbardziej tragicznych w historii świata. Od 20 kwietnia, gdy doszło do wybuchu, a potem zatonięcia platformy wiertniczej, do morza dostały się miliony litrów ropy. Ile dokładnie, nikt nie wie - może 2, może 5, może 10 mln...
Szacunki BP na początku mówiły o wyciekających 4 tys. litrów dziennie, potem 20 tys., ostatnio o 100-120 tys. Ale specjalny wysłannik Obamy ds. walki z katastrofą admirał Thad Allen od kilku dni mówi, że prawdopodobnie do morza wycieka ok. 140 tys. litrów dziennie, a szacunki naukowców związanych z rządem - że ponad 160 tys. To na żądanie naukowców inżynierowie BP od niedzieli instalują dodatkowe sensory, które wreszcie pozwolą odpowiedzieć na pytanie, jak duży jest wyciek.
BP, jak podała wczoraj administracja Obamy, na żądanie władz zobowiązało się też przyspieszyć akcję wysysania ropy z zepsutych urządzeń wiertniczych. Od ponad tygodnia BP udaje się odsysać ok. 60 tys. litrów dziennie. Koncern zobowiązał się odsysać ponad 150 tys. litrów, czyli zapewne całość wycieku, do połowy lipca. Wczoraj pod naciskiem władz przesunął tę datę na 30 czerwca. BP zainstaluje dodatkową rurę i sprowadzi więcej tankowców, do których pompowana jest ropa z dna morza ponad 1500 m pod powierzchnią.
Obama od mniej więcej tygodnia pokazuje niemal codziennie, że robi, co może, by zmusić BP do bardziej energicznych działań, i że pomaga poszkodowanym. Kilka dni temu powiedział, że naukowcy mają mu wskazać, "czyją d... skopać". Przyjął w Białym Domu rodziny ofiar wybuchu platformy wiertniczej 20 kwietnia. Wczoraj pojechał w rejon katastrofy po raz czwarty - odwiedzi stany Alabama, Missisipi i Floryda. Luizjanę, na której plażach pojawiły się największe ilości ropy i której gospodarka, głównie rybołówstwo, ucierpiała najbardziej, wizytował wcześniej.
Dziś wieczorem czasu amerykańskiego (poranek w środę w Polsce) Obama przemówi z Gabinetu Owalnego do milionów rodaków. Przez 15-20 minut będzie się starał ich przekonać, że wbrew zarzutom opozycji i mediów niczego w kwestii wycieku nie zaniedbał.
Jednak jeszcze wczoraj kongresman Mark Pence, jeden z przywódców Republikanów, wytykał Obamie, że wysłał wysokich przedstawicieli rządu w rejon katastrofy dopiero po dziesięciu dniach, a "pomysł, by porozmawiać z prezesami BP, wpadł mu do głowy dopiero po 50 dniach". Obama zażądał spotkania z szefostwem BP w zeszłym tygodniu, prezesi mają się pojawić w Białym Domu jutro.
Nie wszystkie działania Obamy podobają się ludziom w rejonie katastrofy. Rząd ogłosił wstrzymanie wydobycia ropy z głębokich złóż podwodnych. Nawet część tych, którzy spotykali się z prezydentem podczas jego podróży nad Zatokę, narzekała, że to "zadawanie drugiego ciosu" - odbieranie pracy i tak pogrążonemu w rozpaczy regionowi. Ekipa Obamy odpowiada, że zażąda od BP wypłaty odszkodowań nie tylko dla rybaków, którzy od wielu tygodni nie łowią, czy hotelarzy, którzy stracą zyski, bo turyści masowo odwołują rezerwacje, ale też dla pracowników setek wież wiertniczych w Zatoce.
I rząd, i Demokraci w Kongresie zażądali wczoraj od BP, by stworzyło ogromny fundusz na walkę z katastrofą i odszkodowania. Na razie koncern (i dwaj mniejszościowi udziałowcy złoża) wydał 1,6 mld dol., a obiecał kolejne 300 mln. Senatorowie Demokratów żądają, by BP stworzyło aż 20 mld dol. rezerwy, argumentując, że łączna suma szkód spowodowanych przez dużo mniejszą katastrofę tankowca "Exxon Valdez" w 1989 r. u wybrzeży Alaski wyniosła 7 mld dol. Rząd Obamy naciska też od ponad tygodnia, by BP zrezygnowało z wypłaty 10,5 mld dol. dywidendy i przeznaczyło te pieniądze na walkę z katastrofą. Koncern początkowo mówił nie, ale według wczorajszych doniesień zaczął to rozważać.
Prawnicy nie są zgodni, czy rząd USA może nakazać zagranicznej w końcu firmie stworzenie tak wielkich rezerw bądź zamrożenie dywidendy. Pewne jest jednak, że BP, którego bojkot w USA stale się pogłębia, musi robić wszystko, by ratować resztki swej reputacji.
Wczoraj spadł na koncern kolejny cios - prezes konkurencyjnego Chevrona powiedział, że "katastrofy można było uniknąć", gdyby brytyjski gigant przestrzegał wszystkich procedur bezpieczeństwa. Dziś szefowie innych koncernów naftowych z USA być może powtórzą podobne twierdzenia podczas specjalnych przesłuchań poświęconych katastrofie w Kongresie.
Cena akcji BP na giełdach w Londynie i Nowym Jorku spadła po blisko 10 proc., w sumie od 20 kwietnia - o niemal połowę. Większość ekspertów uważa jednak, że koncern nie zbankrutuje, nawet gdyby musiał za katastrofę zapłacić kilkadziesiąt miliardów dolarów. Przewidywane zyski BP na ten rok to 34 mld dol.