Rozmowy Honoraty i Janusza Kaczmarków były nagrywane przez
ABW latem 1997 r. Szef
MSWiA w rządzie
PiS był podejrzewany o spowodowanie przecieku, w wyniku którego nie powiodła się tajna operacja CBA przeciwko współpracownikom wicepremiera Andrzeja Leppera. Aby łatwiej otrzymać zgodę sądu na podsłuch, służbowy telefon Kaczmarka był w dokumentach ABW określony jako numer "nieznanej osoby". Podobnie postąpiono z numerami jego żony, syna i matki. Dopiero gdy podsłuchy włączono do akt sprawy, rozmówcy zostali zidentyfikowani.
Chociaż śledztwa przeciwko Kaczmarkowi (przeciekowe i o składanie fałszywych zeznań) zostały prawie rok temu umorzone, to zapisy rozmów nadal znajdują się w aktach, a fragmenty podsłuchów pojawiają się w mediach.
Kaczmarek dwa razy zwracał się do prokuratury, by - zgodnie z przepisami - zniszczyła zapisy, które nie miały nic wspólnego ze śledztwem. - Powoływałem się na orzeczenia, jakie w tej sprawie zapadły przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka i wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie uzyskanych bezprawnie nagrań. Odpowiedziano mi, że prokuratura nie może zniszczyć tych materiałów, bo dostała je z CBA i ABW, i to oni decydują, co można niszczyć - mówi "Gazecie" Kaczmarek.
Teraz w swoim piśmie do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta Honorata Kaczmarek zwraca uwagę, że o treściach nagranych rozmów opowiada Jerzy Engelking (w 2007 r. zastępca prokuratora generalnego) podczas przesłuchań w prokuraturze i przed sądem, w sprawie którą wytoczyła mu o ochronę dóbr osobistych. "Za skandal uważam to, że funkcjonariusz publiczny podsłuchuje, a następnie sugeruje, jaką wiedzę w wyniku tego podsłuchu posiada"- pisze żona Kaczmarka, wzywając Seremeta, by doprowadził do "zniszczenia zapisów rozmów mających charakter prywatny, osobisty, a nawet intymny".
Pismo wysłała 1 czerwca. Sprawę pilotuje Fundacja Helsińska. - Materiały z podsłuchów powinny być na bieżąco weryfikowane pod kątem ich przydatności dla śledztwa. To, co niezwiązane ze sprawą, powinno być natychmiast niszczone. Niestety, w Polsce praktyka jest taka, że nagrywa się wszystko jak leci, a potem tego nie weryfikuje - komentuje w imieniu Fundacji mec. Adam Bodnar.