http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Belgia coraz bliżej rozpadu

Tomasz Bielecki, Bruksela
2010-06-14, ostatnia aktualizacja 2010-06-13 18:38

- Nasze państwo musi zniknąć. Niech Flamandowie i Walonowie zaczną być panami własnego losu! - te hasła zapewniły partii Barta De Wevera zwycięstwo we wczorajszych wyborach parlamentarnych

Choć Nowy Sojusz Flamandzki wygrał wybory, nie będzie mógł obsadzić stanowiska premiera
Fot. AP/Virginia Mayo
Choć Nowy Sojusz Flamandzki wygrał wybory, nie będzie mógł obsadzić stanowiska...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Choć ostre spory między dwiema wspólnotami językowymi w Belgii, czyli niderlandzkojęzycznymi Flamandami (60 proc. Belgów) oraz frankofonami (Walonowie i większość brukselczyków), ciągną się już od XIX w., to pytanie o sens dalszego istnienia ich wspólnego kraju po raz pierwszy stało się głównym tematem wyborów parlamentarnych.

Wedle wstępnych prognoz powyborczych wczoraj wygrał Nowy Sojusz Flamandzki (N-VA) Barta De Wevera (ponad 23 proc. głosów we flamandzkiej Flandrii), który obiecuje Flamandom stopniowe "wyparowanie" Belgii. Ugrupowania, które otwarcie opowiadają się za niepodległością Flandrii (prócz centrowej N-VA to m.in. skrajnie prawicowy Vlaams Belang), zdobyły łącznie ok. 40 proc. flamandzkich głosów.

- Nie chcemy rewolucji. Rozwiążemy Belgię stopniowo, aby Flandria i Walonia pozostały zaprzyjaźnionymi demokracjami w ramach Unii Europejskiej - mówił De Wever na ostatnim wiecu wyborczym w Gandawie.

De Wever chciałby najpierw zamienić Belgię w luźną konfederację Flandrii oraz Walonii ze wspólną polityką zagraniczną i obronną, co podoba się wyborcom wielu flamandzkich partii, a dopiero potem doprowadzić do rozwodu, a sprawy obrony obu nowych krajów oddać w ręce UE. - "Armia flandryjska" brzmi żałośnie, lecz nie bardziej żałośnie niż "armia belgijska". Tylko w ramach UE i NATO możemy się obronić - tłumaczy.

Wprawdzie program belgijskiego rozwodu nie ma szans na realizację w najbliższych czterech-pięciu latach, ale wygrana De Wevera da silny impuls do budowy konfederacji, która ułatwi rychły podział Belgii.

Paradoksalnie zwycięstwo flamandzkich secesjonistów może oznaczać oddanie fotela premiera Belgii - pierwszy raz od lat 70. - Walonowi. Czyli zapewne Eliowi Di Rupo - przywódcy Partii Socjalistycznej, która zwyciężyła wśród wyborców frankofońskich (32 proc.). De Wever miałby bowiem problem z poparciem swej kandydatury przez flamandzko-walońską koalicję i - ubiegając kłopoty - już zapowiada, że nie chce kalać się tym urzędem.

Sprawny rząd federalny nie może jednak powstać bez wsparcia jego partii. Klejenie wielopartyjnego rządu popieranego zarówno przez secesjonistę De Wevera, który chce cięć budżetowych, jak i Di Rupo obiecującego wzrost wydatków na pomoc socjalną i zdrowie będzie ciężką próbą dla wyborców z Flandrii i Walonii żyjących w coraz bardziej odrębnych światach.

Brak im wspólnych partii, prasy, telewizji, celebrytów, Czerwonego Krzyża, a nawet biura Amnesty International. - Elity obu wspólnot nie znają się, bo nie ma już nawet wspólnych uniwersytetów. Studenci jeżdżą na wymianę do Niemiec lub Hiszpanii, lecz nigdy na na drugą stronę językowej granicy Belgii - mówi politolog Pierre Vercauteren.

Kiedy katolicka Belgia oderwała się od Królestwa Niderlandów w 1830 r., jej urzędnicy, arystokracja i bogaci mieszczanie mówili po francusku (lub aspirowali do znajomości tego międzynarodowego języka elit) i uczynili go narzędziem scalania Flamandów (głównie chłopstwa) i Walonów. Pokojowe wynaradawianie odniosło spory sukces, bo stolica flamandzkiej Brabancji - formalnie dwujęzyczna Bruksela - jest dziś w 85 proc. frankofońska.

Choć walka Flamandów z językową dyskryminacją zakończyła się przed kilkoma dekadami, to walczą oni do dziś z ekspansją terytorialną frankofonów wokół podstołecznych flandryjskich miast Hal i Vilvorde (właśnie spory o ich status doprowadziły do wczorajszych przedterminowych wyborów). - Mam dość inspektorów, którzy sprawdzają, w jakim języku obradujemy i zabierają dotacje do biblioteki, bo są w niej francuskie książki. Jakie mają być, jeśli 80 proc. mieszkańców to frankofoni - mówi burmistrz flandryjskiej gminy Kraainem Arnold d'Oreye de Lantremange, który w wyborach lokalnych z 2007 r. rozsyłał ulotki po francusku i dlatego do dziś nie doczekał się formalnego zatwierdzenia przez władze Flandrii.

Jednak Flamandowie budują swą tożsamość już nie tylko na historii. Narzekają na Belgię - to argumenty De Wevera - jako niesprawne państwo, które więzi dynamiczną Flandrię we wspólnej klatce z "ociężałą i rozleniwioną" Walonią, gdzie bezrobocie jest większe o połowę, a PKB na głowę mniejszy o jedną czwartą. Nie chcą dziś płacić na Walonię, choć ta do końca lat 60. utrzymywała Belgię dzięki swym kopalniom i przemysłowi ciężkiemu.

Podobne do flamandzkich plany ograniczenia przepływów budżetowych na rzecz uboższych współobywateli, głębokiej autonomii czy nawet niepodległości od "chorego państwa" są napędem ruchów secesjonistycznych także w Katalonii czy północnych Włoszech, gdzie działacze Ligi Północnej bacznie przyglądają się belgijskim przymiarkom do rozwodu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':