Główny dylemat sztabowców Bronisława Komorowskiego sprowadza się dziś do tego, co zrobić, by ludzie zapomnieli o "żyrandolu" i wzbudzić w nich emocje, podobne do tych, które wyniosły PO do zwycięstwa w 2007 r.
Sztabowcy kandydata PO pogodzili się już z tym, że wyborów w pierwszej turze wygrać się nie uda. - To byłoby formułowanie nazbyt wygórowanych oczekiwań - mówił kilka dni temu "Gazecie" szef sztabu Komorowskiego Sławomir Nowak.
Jak u Obamy I wie, co mówi, bo PO - jak żadna inna partia w tej kampanii - trzyma rękę na pulsie społecznych nastrojów. Wszystko dzięki pionierskiemu w Polsce systemowi badawczemu kupionemu w
USA. Przed wyborami prezydenckimi korzystał z niego sztab Baracka Obamy.
To głębokie i niezwykle precyzyjne badanie nastrojów społecznych. PO prowadziła je przez kilka tygodni po smoleńskiej katastrofie na próbie od 800 do 1500 osób. Ankietowani nie spotykają się w grupie, za to codziennie dostają materiały do analizy, m.in. artykuły z prasy oraz pytania, a odpowiedzi przesyłają analitykom internetem.
- To tak, jakby każdy z badanych był w oddzielnym akwarium - mówi ważny polityk PO. - Wzrasta prawdopodobieństwo szczerych odpowiedzi.
Wyniki? Emocje po smoleńskiej katastrofie, które dawały premię Jarosławowi Kaczyńskiemu, już wygasły. Notowania kandydata
PiS rosły w ostatnich tygodniach, bo aktywnie zaczął prowadzić kampanię na fali powodzi. A notowania Komorowskiego, wciąż faworyta, stanęły.
Badani od początku pozytywnie oceniali wypełnianie przez Komorowskiego obowiązków prezydenta i marszałka Sejmu. A także jego aktywność w kampanii, której brakuje jednak mocnych akcentów.
Marszałek kojarzy się ankietowanym z prezydenturą Aleksandra Kwaśniewskiego, której głównym wyróżnikiem było - w ich opinii - porozumienie. Stąd wątek zgody i otwarcia na współpracę z rządem, tak bardzo eksponowany w kampanii marszałka. Na podstawie badań sztabowcy Komorowskiego wymyślili też jego hasło: "Zgoda buduje".
Nie boją się, nie pójdą? Mieszkańców dużych i średnich miast, czyli naturalny elektorat PO, zapytano, czy termin drugiej tury 4 lipca może negatywnie odbić się na wyborach. Większość odpowiedzi była twierdząca. Wynik badania wskazuje, że frekwencja w drugiej turze może wynieść około 30 proc. (najniższa frekwencja w historii wyborów prezydenckich wyniosła 49,74 proc. w pierwszej turze w 2005 r., w drugiej było zwykle lepiej).
Ale badania pokazały też, że ta nietypowa kampania - w cieniu smoleńskiej katastrofy i powodzi - uśpiła emocje Polaków. A to działa przeciw Komorowskiemu, który zyskuje na polaryzacji nastrojów między PO i PiS. Wyborcy nie boją się już PiS.
- Ludzie widzą, że jest normalny rząd i premier, który przeprowadził Polskę przez kryzys, smoleńską katastrofę i powódź. I uwierzyli w to, co im mówiliśmy, że "prezydentura to prestiż, żyrandol i pałac", więc po co mieliby głosować - mówi jeden ze sztabowców PO. Nawiązuje do wypowiedzi Tuska po jego rezygnacji ze startu w wyborach prezydenckich.
- O wyniku wyborów może rozstrzygnąć kilkadziesiąt tysięcy osób - dodaje ten sam rozmówca.
Dlatego sztabowcy Komorowskiego od kilku dni szykują plan, jak zmobilizować elektorat do głosowania w drugiej turze. Sławomir Nitras ze sztabu Komorowskiego ma nadzieję, że zadziała społeczna kampania frekwencyjna pod hasłem: "Gdziekolwiek będziesz, zagłosuj", przypominająca Polakom wyjeżdżającym na urlop o zaświadczeniach uprawniających do głosowania poza miejscem zamieszkania.
- Nasz elektorat na pewno w większym stopniu weźmie zaświadczenia do głosowania w innym mieście - mówi "Gazecie" Nitras.
Ale większość naszych rozmówców w PO wie, że to nie wystarczy. - Wielkimi wystąpieniami programowymi ludzi nie rozgrzejemy. Może ich rozgrzać tylko zaostrzenie kampanii - mówi jeden z naszych rozmówców.
W kierownictwie Platformy zapadła decyzja, że trzeba mocno zaostrzyć ton kampanii. - Musimy uświadomić Polakom, że jeśli
Jarosław Kaczyński wygra wybory, to w dzień po jego zaprzysiężeniu zacznie się totalna wojna z rządem - mówi nam ważny polityk PO. - Tylko przypomnienie Polakom dwuletnich rządów PiS, dzielenia społeczeństwa, aresztowań o świcie i inwigilacji może rozpalić emocje i sprawić, żeby ludzie poszli do urn.
Jednak Jarosława Kaczyńskiego nie będzie łatwo sprowokować, co udowodnił w środę w Lublinie. Nie zareagował na ostre słowa Janusza Palikota, który zorganizował kontrwiec i nazwał kandydata PiS "podróbką prawdziwego Jarosława Kaczyńskiego".
Kampanii Komorowskiego nie pomaga też słaba mobilizacja struktur w niektórych regionach. Gdy w weekend w Polskę wyruszyły tiry z ulotkami marszałka, w kilku województwach nie miał kto ich rozładować.
- W Warszawie syn Komorowskiego musiał sam przyjechać w nocy, żeby rozpakować ulotki. Z Wrocławia dostaliśmy maila, że mają weekend - mówi jeden ze sztabowców Komorowskiego. - Jeśli nasi ludzie nie angażują się w kampanię, to jak mamy wygrać?