Każdy z nowych krajów UE ma do wypełnienia narodową pulę unijnych urzędników, czyli określony odsetek stanowisk do obsadzenia. Do końca tego roku kandydaci z nowych krajów - przynajmniej teoretycznie - traktowani są więc preferencyjnie.
Mimo kilku ofensyw i wielu monitów wysyłanych do Brukseli Polska ma wciąż kłopoty z zapełnieniem tej puli. Z ostatnich danych, jakie otrzymaliśmy z
MSZ, wynika, że do połowy kwietnia wykorzystaliśmy ją w 88,5 proc. Ale w wypadku niektórych ważnych stanowisk - tylko w nieco ponad 60 proc.
Powodów jest wiele: krótka ławka kadrowa w kraju, trudne i przeciągające się konkursy, wysokie wymogi stawiane kandydatom na stanowiska eksperckie (np. 10-15 lat stażu pracy w administracji, w tym od trzech do pięciu lat na stanowisku kierowniczym). Do tego doszedł ostatnio brak elastyczności ze strony dyrekcji Komisji odpowiedzialnej za administrację w traktowaniu polskich zwycięzców konkursów na unijne stanowiska.
Polska dyplomacja chce przełamać ten opór, licząc na przychylność słowackiego komisarza Maroša Šefeoviea, który jako wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej zajmuje się m.in. administracją. Dziś przyjeżdża on do Warszawy. Polski minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz przedstawi mu listę postulatów.
- Komisarz pochodzi z nowego państwa Unii, więc powinien rozumieć nasze problemy - tłumaczy nam dyr. Joanna Skoczek z MSZ.
Z informacji "Gazety" wynika, że Polska poprosi Šefeoviea, by Komisja jeszcze w tym roku przeprowadziła jeden konkurs na szefów wydziałów i to tylko wśród nowych państw członkowskich. I aby jak najszybciej został rozstrzygnięty konkurs przeprowadzony w 2009 r., w którym startowało 2,3 tys. Polaków. MSZ szacuje, że w jego wyniku pracę w unijnych instytucjach może dostać kolejnych stu kilkudziesięciu rodaków.
Główna batalia toczy się o stanowiska szefów wydziałów - czyli średniego szczebla etaty kierownicze w dyrekcjach Komisji Europejskiej.
Kraj, który chce mieć wpływ na to, w którym kierunku zmierza unijne prawo, powinien mieć tam jak najwięcej ludzi. Szefowie wydziałów są najważniejszymi trybikami europejskiej machiny urzędniczej. Tymczasem właśnie tu stopień wykorzystania narodowej puli jest najniższy - 63,5 proc. Na 74 przysługujące stanowiska obsadziliśmy 47.
Komisja twierdzi, że dzieje się tak m.in. dlatego, że brakuje polskich laureatów konkursów. MSZ uważa, że to nieprawda, i postuluje, by Komisja zatrudniła Polaków, którzy wygrali konkursy, ale czekają na odpowiednie stanowiska na listach rezerwowych. Chodzi nawet o kilkadziesiąt osób, które czekają od kilku miesięcy nawet do roku po wygraniu konkursów.
Polska chciałaby też, by kolejny Polak miał szansę na stanowiska dyrektora generalnego w Komisji, jeśli przy jej reorganizacji wynikającej z utworzenia nowych portfeli komisarzy powstaną nowe dyrekcje generalne.
Dyr. Skoczek przyznaje, że jeden dyrektor generalny z 12 nowych krajów członkowskich po sześciu latach od rozszerzenia to bardzo mało. Chodzi o Jana Truszczyńskiego, który szefuje dyrekcji generalnej Komisji ds. edukacji i kultury.
Poza nim Jan Plewa jest zastępcą dyrektora generalnego w dyrekcji ds. rolnictwa, a Jarosław Pietras dyrektorem generalnym odpowiedzialnym za ochronę środowiska i konsumentów w sekretariacie generalnym Rady UE.
Poza nimi mamy jeszcze 10 niższych rangą dyrektorów w dyrekcjach generalnych Komisji i Rady. Ogółem w unijnych instytucjach i agencjach pracuje 2239 Polaków, w tym w Komisji Europejskiej - 1411.
- Statystycznie jest lepiej, bo w ciągu ostatnich sześciu miesięcy odnotowaliśmy wzrost zatrudnienia w instytucjach i agencjach o 1,8 proc., ale nie oznacza to, że jest dobrze - mówi "Gazecie" dyr. Skoczek.
Oprócz Polski problemy z wykorzystaniem limitów mają spośród nowych państw członkowskich jeszcze tylko Czechy.