http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Holendrzy oddadzą władzę biznesmenowi?

Tomasz Bielecki, Bruksela
2010-06-09, ostatnia aktualizacja 2010-06-08 19:03

Przestraszeni kryzysem Holendrzy odwrócili się od krzykliwych ksenofobów i zwycięzcą dzisiejszych wyborów zostanie zapewne Liberalna Partia Ludowa Marka Ruttego. - Nie muzułmanie, lecz cięcia budżetowe stały się głównym tematem kampanii - mówi politolog Philip van Praag

Mark Rutte
Fot. Peter Dejong AP
Mark Rutte
SERWISY
- Dziś Almere i Haga, a jutro cała Holandia! Będziemy wkrótce rządzić! - skandował Geert Wilders, kiedy jego antyimigracyjna Partia na rzecz Wolności (PVV) w marcowych wyborach komunalnych zdobyła pierwsze miejsce w Almere, a drugie w Hadze.

Autor filmu "Fitna", w którym oskarżył islam o nierozerwalny związek z przemocą oraz przyrównał Koran do "Mein Kampf" Hitlera, jeszcze w kwietniu przymierzał się do teki premiera (w najgorszym wypadku jego zastępcy) w prawicowym rządzie koalicyjnym. Sondaże przed dzisiejszymi wyborami dawały mu wówczas drugie miejsce w parlamencie.

Los przestał mu sprzyjać przed ponad miesiącem. Kryzysowe chmury zbierające się nad całą strefą euro oraz potrzeba błyskawicznego uzdrawiania budżetu Holandii (6,7 proc. PKB deficytu w 2009 r.) całkowicie wywróciły te przedwyborcze układanki. - Nagle zmieniły się tematy debat. A wyborcy zaczęli się zastanawiać, czy w tak ryzykownych czasach należy powierzać swój los radykałom nieznających się na gospodarce lub administracji - tłumaczy holenderski socjolog Peter Kanne z ośrodka TNS-NIPO.

Media przestały więc pasjonować się kolejnymi "krucjatami przeciw islamizacji Holandii" ogłaszanymi przez Wildersa, który chciałby zamknąć granice dla muzułmańskich przybyszów. Jego partia PVV odwołała kilka wieców w obawie przed zbyt małym zainteresowaniem.

Choć Wilders - wedle ostatnich sondaży - zapewne podwoi liczbę swych deputowanych w porównaniu z wyborami z 2006 r. (do mniej więcej 15 z 8 w 150-osobowym parlamencie), to zajmie dopiero czwarte miejsce. I ten niedoszły premier będzie mógł liczyć co najwyżej na rolę małej przystawki w kilkupartyjnej koalicji, którą najprawdopodobniej będzie montował 43-letni Mark Rutte - były menedżer firmy Unilever stojący na czele prawicowej Liberalnej Partii Ludowej (VVD). Sondaże dawały VVD pierwsze miejsce w parlamencie z blisko 36 mandatami.

Rutte zdobywa wyborców zapowiedziami ostrych cięć wydatków budżetowych, mniejszego liczebnie - czyli oszczędniejszego - rządu, podwyższenia wieku emerytalnego z 65 do 67 lat i - to kiepska wiadomość dla Polski oraz innych beneficjentów unijnej pomocy - obniżki aż o połowę składki Holandii do budżetu UE.

- Żyliśmy ponad stan. Czeka nas zaciskanie pasa - mówi Rutte na spotkaniach wyborczych. Choć bezpośrednią przyczyną upadku rządu odchodzącego premiera Jana Petera Balkenendego (chadeka) były spory koalicyjne na temat przedłużenia misji holenderskich wojsk w Afganistanie, to ten temat był niemal zupełnie nieobecny podczas kampanii. Sam Rutte sugeruje, że jest za dalszym uczestnictwem Holandii w afgańskiej misji NATO.

Niepokój wielu Holendrów z powodu potężnej imigracji jednak nie wygasł - 5 proc. mieszkańców kraju to muzułmanie, a 20 proc. ma cudzoziemskie pochodzenie. Dlatego Rutte dystansował się wobec ksenofobicznych haseł Wildersa, ale jednocześnie przyjął część z nich do swego programu w złagodzonej formie. - Trzeba skończyć z turystyką zasiłkową z krajów muzułmańskich i wschodnioeuropejskich! - mówił Rutte, przekonując do przymknięcia granic Holandii dla niewykwalifikowanych imigrantów, którzy żyją z pomocy socjalnej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':