Tuż przed wyborami burmistrza Nowego Jorku, w synagodze na Park Avenue, odbywała się bar micwa. Uroczystość została nieoczekiwanie - a raczej oczekiwanie zwłaszcza ze strony rodziny - zakłócona. W synagodze pojawił się Michel Bloomberg ubiegający się właśnie o reelekcję na burmistrza. Założył jarmułkę i biało-granatowy talit. Witany ciepło i serdecznie, wygłosił zupełnie niereligijne przemówienie. Przekonywał, że NY radzi sobie świetnie w czasach kryzysu, przestępczość spada, a życie w mieście wcale nie jest takie najgorsze. Opowiadał anegdoty i dowcipy, a tłum nagradzał go długimi oklaskami. Nawet nie musiał wspominać o wyborach. Wszyscy mieli jasność.
Rabin nie udzielił mu oficjalnego poparcia, ale widać było, że wizyta wpływowego polityka sprawiła mu przyjemność, a Bloomberg budzi jego sympatię. Było raczej oczywiste, że rabin musiał się zgodzić na obecność polityka w świątyni. Wytknął jedynie burmistrzowi, że mógłby częściej bywać w synagodze, a nie tylko w kampanii.
Gdyby u nas jakiś polityk wygłosił z ambony przemówienie, byłaby gigantyczna awantura. Byłaby awantura, gdyby spotkanie z politykiem odbywało się w salce parafialnej. Byłaby awantura, że ksiądz ośmielił się wpuścić kandydata do świątyni, bo kościół musi się trzymać z dala od polityki. Rozumiem wątpliwości związane z zaangażowaniem politycznym duchownych, ale może jesteśmy po prostu przewrażliwieni? Może to ojciec Rydzyk z jego nieznośną i sprzeczną z zasadami chrześcijańskimi retoryką, politycznym zaangażowaniem, chłostaniem przeciwników sprawił, że każda zbliżenie polityka do kościoła jest uznawane za złamanie fundamentalnej zasady świeckości państwa?
Może denerwuje nas fakt, że
Kościół w swoich poglądach jest właściwie jednostronny, popiera z reguły jedną partię i polityków jednej politycznej opcji? Czy gdyby duchowieństwo było politycznie zróżnicowane, też mielibyśmy pretensje o zaangażowanie Kościoła, czy też uznawaliśmy ten fakt za element obywatelskiej debaty?
Trudna sprawa z tym Kościołem w czasie wyborów. Można się oburzać, a można uznać, że to głos jednego z wielu środowisk. Prymas Polski abp Józef Kowalczyk w
TVN 24 przestrzegał księży przed wskazywaniem, na kogo należy głosować. Można się jednak spodziewać, że na to wołanie część hierarchów pozostanie głucha.
Po katastrofie smoleńskiej Kościół - co dla jednych było nieznośne, dla innych całkiem normalne - przejął przestrzeń publiczną. Pogrzeby, pożegnania, wypłakiwanie żalu odbywało się w obecności duchownych. Wyrażanie żałoby wymagało odpowiedniej symboliki i tylko Kościół miał odpowiednie ku temu narzędzia. W szoku po tragedii ludzie w naturalny sposób zwracali się ku kościelnym rytuałom, które dawały poczucie bezpieczeństwa, zakorzenienia, oswajały ból.
Kościół na nowo odkrył swoją potęgę, poczuł się silny i potrzebny. I był potrzebny.
Także beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki przypomniała, jak w czasach trudnych potrzeba głosu mądrych księży umiejących nazwać i opisać emocje.
Katarzyna Kolenda-Zaleska ("Fakty" TVN)