Na 63-letniego Kana zagłosowało w piątek w Izbie Reprezentantów (izbie niższej parlamentu) 313 deputowanych. Dziękując za wybór, Kan obiecał Japończykom "nowy początek". Ma teraz kilka dni, by uformować gabinet i zostać zaprzysiężonym przez cesarza Akihitę.
- Będzie musiał działać szybko i musi zrobić dobre wrażenie na wyborcach - twierdzi
telewizja BBC. Czasu Kan ma mało, bo za miesiąc Japonię czekają wybory do izby wyższej parlamentu i będzie to plebiscyt dla jego coraz gorzej notowanej Partii Demokratycznej.
W ubiegłym roku utworzona zaledwie 12 lat temu partia obiecywała czyste reguły
gry, odsunięcie od władzy rządzących przez ostatnie pół wieku skorumpowanych biurokratów i poprawę stosunków z resztą Azji. Ten powiew nadziei szybko się rozwiał, bo niedoświadczony premier Yukio Hatoyama popełniał błąd za błędem, a jego rząd skompromitowały skandale finansowe.
W ostatnich sondażach jego notowania spadły do ledwie 17 proc. Od jakiegoś czasu japońscy komentatorzy twierdzili, że góra partyjna poświęci go dla ratowania partii. Tak się też stało w środę, gdy Hatoyama zrezygnował ze stanowiska szefa partii i premiera. Swoją funkcję sprawował niespełna osiem miesięcy.
To już czwarty kolejny premier w ciągu ostatnich czterech lat, który odchodzi przed końcem kadencji. Nieustanne zmiany rządów pogarszają i tak fatalne nastroje w kraju, który od 20 lat nie jest w stanie wyjść z marazmu gospodarczego. W tym roku pod względem
PKB Japonię przegonią
Chiny.
Japońska gospodarka, jedna z największych na świecie, boryka się z olbrzymim zadłużeniem publicznym, słabym wzrostem i starzejącą się, a także coraz mniej liczną ludnością.
Czy następca Hatoyamy poradzi sobie lepiej? Tak uważa korespondent BBC w Tokio Roland Buerk, który opisuje Kana jako człowieka z charakterem, mówiącego prawdę w oczy i potrafiącego się postawić potężnej biurokracji, która faktycznie rządzi drugą gospodarką świata i często blokuje potrzebne reformy.
Według japońskiej telewizji publicznej NHK Hatoyama powiedział przedstawicielom swojej partii, że ustępuje z urzędu, ponieważ nie zdołał dotrzymać obietnicy wyborczej, zgodnie z którą rząd miał wyprowadzić amerykańską bazę wojskową z wyspy Okinawa. Nie jest na razie jasne, co w tej sprawie uczyni nowy szef rządu.
Nowy premier cieszy się jednak dużym zaufaniem. Wczoraj w parlamencie powiedział, że sojusz z
USA pozostanie kamieniem węgielnym japońskiej dyplomacji i nie wspomniał słowem o bazie na Okinawie. Za priorytet swojego gabinetu uważa ożywienie gospodarki, która rośnie wolniej niż w innych krajach Azji, a jego głównym zadaniem będzie przywrócenie wiary wyborców w to, że jego partia potrafi zmienić japońską politykę.