Bartosz T. Wieliński: Zadłużona Grecja stoi na krawędzi bankructwa, podobny los może spotkać Hiszpanię i Portugalię. Czy zbliża się koniec strefy euro? Günter Verheugen: Wiadomości o śmierci euro są przedwczesne. Sytuacja Hiszpanii i Portugalii nie jest tak niebezpieczna jak Grecji. Nie są aż tak zadłużone i zawczasu rozpoczęły ostre oszczędności, a w pomoc zaangażowała się cała Europa.
Mówienie o upadku euro to absurd, bo do czasów marek i drachm nie ma już powrotu. Zresztą to nie euro jest winne kryzysowi, tylko kardynalne błędy niektórych krajów, które latami żyły ponad stan i zadłużały się ponad miarę.
Niemcy chcą na te, które nie ograniczają deficytu budżetowego, nakładać sankcje finansowe. Nie wierzę w skuteczność kar. Państwo, które nie jest w stanie spłacić długów, znajdzie się w jeszcze gorszej sytuacji, gdy mu się dołoży obciążeń.
Europa musi być bardziej czujna. Od lat do Brukseli napływały sygnały, że z grecką gospodarką dzieje się coś złego, ale je ignorowano. Być może dlatego, że powstaje tam tylko 2-3 proc. unijnego
PKB. Ale problemy małych przekładają się na wszystkich.
Europa musi być też solidarna. W przypadku Grecji były kraje unijne, które głośno wątpiły w to, czy Ateny będą mogły liczyć na pomoc Wspólnoty. W takich sprawach wątpliwości mieć nie można. Ale nie znaczy to, że krajom strefy euro wolno łamać zasady.
Niemcy w tej sprawie nie dawały, niestety, dobrego przykładu - od lat borykają się z poważnym zadłużeniem i deficytem budżetowym i dotąd były bezkarne.
To Angela Merkel opóźniała unijną pomoc dla Grecji, żeby nie drażnić wyborców przed wyborami w Nadrenii Północnej-Westfalii. Dla wielu komentatorów to znak, że Berlin przedkłada własny interes nad dobro Europy. Nie. Wahanie Merkel przypisałbym temu, że w Berlinie na początku nie zdawano sobie sprawy z tego, jak fatalne skutki może mieć grecki kryzys.
Niemcy zawsze będą wspierać Europę, bo na tym korzystają. Nie przypominam też sobie sytuacji, by bezwzględnie forsowały swój interes wbrew innym członkom. Nie ma też u nas liczącej się partii, która w programie wpisałaby sobie hasło "Najpierw Niemcy, potem Europa". Społeczeństwo by to odrzuciło.
Kolejny problem UE to tworzenie unijnej dyplomacji. Idzie to w bólach, a jej szefowa baronessa Ashton jest krytykowana. Europejska prasa pisze często, że nie nadaje się na to stanowisko. Catherine Ashton, którą znam od dawna jako bardzo kompetentnego polityka, atakowano, jeszcze zanim objęła urząd. To nie w porządku. Ci, którzy starają się osłabić jej pozycję, szkodzą wszystkim, bo od sukcesu Ashton w budowaniu europejskiej dyplomacji zależy bardzo dużo. Dziś jest za wcześnie, by ferować wyroki. Europejska dyplomacja dopiero powstaje, a państwa członkowskie oswajają się z myślą, że będą musiały podporządkowywać się wspólnej polityce zagranicznej i ją wspierać, nawet gdy nie zawsze będzie im ona odpowiadać. To wszystko wymaga czasu.
Po raz kolejny rozpalił się konflikt między Budapesztem, który chce nadawać węgierskie obywatelstwo swojej mniejszości na Słowacji, a Bratysławą. UE nawet nie próbuje mediować... A powinna, bo to bardzo poważny problem. Trzeba jasno powiedzieć rządowi w Budapeszcie, że każda próba instrumentalizacji węgierskiej mniejszości narodowej w sąsiednich krajach to igranie z ogniem. Ten temat przerabialiśmy, gdy kończyły się negocjacje akcesyjne, a węgierski rząd próbował forsować Kartę Węgra. Wtedy załagodzenie słowacko-węgierskiego konfliktu wymagało mnóstwa zakulisowej pracy. Węgrów trzeba pilnie zawezwać, by przestali odgrzewać waśnie narodowościowe. W UE nie ma na to miejsca.
Czy po wygraniu wyborów prezydenckich przez prorosyjskiego Wiktora Janukowycza Unia zupełnie straci zainteresowanie Ukrainą? Byłoby niedorzeczne, gdyby Ukraina miała tracić dla nas strategiczne znaczenie, ponieważ zmienił się jej prezydent. Trzeba dalej zacieśniać współpracę z Kijowem i pomagać w modernizacji kraju. Ciężko dziś dyskutować o członkostwie w Unii, ale to bez wątpienia kraj europejski, o który Europejczycy muszą się troszczyć.
Jak się troszczyć, skoro przez ostatnie pięć lat na Ukrainie tak niewiele się zmieniło. Nawet polscy politycy zaczynają tracić cierpliwość. Ale geografii się nie zmieni. Ukraina to wielki kraj o arcyważnym znaczeniu. Jego modernizacja jest dla Europejczyków, a szczególnie dla Polaków, sporym wyzwaniem. Przed Ukraińcami jeszcze długa droga, ale nie wolno im zamykać drzwi przed nosem. Najgorsze, że europejscy politycy mówiąc o stosunkach z Ukrainą zawsze zastanawiają się, jak patrzy na nie
Rosja. A Ukraina jest przecież niezależnym państwem, zasługuje na to, byśmy ją tak traktowali.
Jak z perspektywy Brukseli patrzy się na rysujące się po katastrofie pod Smoleńskiem pojednanie Polski i Rosji? Smutne jest to, że trzeba było aż tak przerażającej tragedii, by dwa wielkie kraje uświadomiły sobie potrzebę zbliżenia i dialogu. To, że nowa era w stosunkach polsko-rosyjskich otwiera się nad grobami polskich oficerów rozstrzelanych przez NKWD w Katyniu, ma wstrząsającą symbolikę. Skoro pojawiła się szansa na prawdziwe pojednanie, trzeba zrobić wszystko, by ją wykorzystać. Nie ma chyba w Europie polityka, który by tego nie popierał.
Nie obawia się pan, że Wielka Brytania pod rządami Partii Konserwatywnej zacznie oddalać się od Unii? Nie. Jestem pewny, że premier David Cameron dotrzyma swoich europejskich zobowiązań. Z jego wypowiedzi wynika, że nie zgodzi się na żadne zwiększenie kompetencji UE, ale na to się nie zanosi. Traktat lizboński, który wynegocjowaliśmy z wielkim bólem, dopiero wszedł w życie i nikt nie myśli na razie, by go zmieniać.
Poza tym partia Camerona rządzi w koalicji z proeuropejskimi Liberalnymi Demokratami. Natomiast nowy rząd będzie musiał na pewno stawić czoło fałszywej antyeuropejskiej propagandzie, w której prześcigają się brytyjskie media.
Günter Verheugen, polityk niemieckiej SPD, w latach 1999-2009 był komisarzem europejskim. Odpowiadał najpierw za rozszerzenie UE, a potem za przemysł i przedsiębiorczość