Gdyby nie garstka chciwych ludzi, toby nie zalało pół Polski.
Gdyby państwo nie było uparte i zamiast się targować, zapłaciło protestującym po milionie, to na Opolszczyźnie i we Wrocławiu mieliby w domach sucho.
Istniałby wtedy zbiornik w Raciborzu i o powodziach wzdłuż Odry można by zapomnieć.
Żadne z powyższych założeń nie jest prawdziwe. Jak i to, że winnymi wylania Odry są mieszkańcy podraciborskich wiosek Nieboczowy i Ligota Tworkowska.
Białe kruki kontra warchlaki
Ale prawdą jest, że mimo "powodzi stulecia" w 1997 roku nie chcieli słyszeć, że ich domy i gospodarstwa trzeba rozebrać, by w ich miejsce postawić zbiornik retencyjny Racibórz Dolny.
Najpierw miał chronić przed powodzią, poprawić warunki żeglugowe na Odrze, zaopatrywać w wodę. Po kataklizmie w 1997 r. zmodyfikowano plany. Celem głównym stała się ochrona przeciwpowodziowa Doliny Odry od Raciborza do Wrocławia.
Mieszkańcy dwóch wiosek, które jako jedyne trzeba było wysiedlić pod budowę zbiornika, zaczęli protestować.
Determinacji i sąsiedzkiej solidarności nie starczyło im na długo. Nieboczowianie założyli Stowarzyszenie Obrony przed Wysiedleniem Wsi Nieboczowy i zaproponowali, by zbudować mniejszy zbiornik. I ocalić swoją wioskę, a zalać Ligotę.
- W Nieboczowach chcieli się obwałować i ostać, a Ligota takich szans nie miała. Bo my jesteśmy nad samym brzegiem Odry i choćbyśmy protestowali nie wiem jak, nie byłoby szans na nasze ocalenie - twierdzi emerytowany górnik Gerard Drobny z Ligoty, którego rodzina z trzema innymi do dziś nie opuściła wsi.
Kiedy w 2004 roku przyjechali do niej ówczesny wojewoda śląski Lechosław Jarzębski i przedstawiciele inwestora - Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gliwicach - ludzie pytali ich o wysokość odszkodowań i warunki przenosin.
A w Nieboczowach urzędnicy zostali wygwizdani. - Co nas obchodzą zalane Opole i Wrocław?! - krzyczeli mieszkańcy. - W lipcu 1997 roku u nas utopił się jeden warchlak, a we Wrocławiu zniszczyły się jakieś woluminy, białe kruki. My jesteśmy przygotowani na wodę, niech się inni też przygotują - reporterzy "Gazety Wyborczej Katowice" notowali słowa Alojzego Błaszczoka, największego wówczas gospodarza w Nieboczowach.
Jednak dziś, po sześciu latach od awantury w remizie, Alojzy Błaszczok nie protestuje. Dom i ziemię sprzedał państwu.
Czas to broń
- Że to świnie, przez które pół Polski zalało?! To plotka, że oni jakiś opór stawiają. Mają nawet stowarzyszenie odtworzenia wsi w innym miejscu - zapewnia zastępca wójta gminy Lubomia Maria Fibic.
Stowarzyszenie na rzecz odtworzenia i rozwoju wsi Nieboczowy powstało w 2007 roku. Do tego czasu chęć sprzedaży swoich domów wyraziło we wsi ok. 30 rodzin ze 150.
- Ci w Ligocie się całkiem wykruszyli. Naszych też zaczęli podkupywać. Doszliśmy do przekonania, że jak tak dalej pójdzie, to nie zostanie nas wiele. A chcieliśmy wieś utrzymać - dodaje sołtys Nieboczów i wiceprezes stowarzyszenia Łucjan Wendelberger. Z zawodu górnik. Dziś na emeryturze.
Na zebraniu w remizie nieboczowianie ustalili, że sprzedadzą domy, jak Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej przeniesie całą ich wioskę obok pobliskiej Syryni. Z odtworzonym kościołem, szkołą (przedszkolem i świetlicą pozalekcyjną), remizą, boiskiem sportowym i cmentarzem. Z zachowaniem wielkości posesji i sąsiedztwa. - A gdyby ktoś chciał sąsiada zmienić, to można by zrobić koszyk jak na Euro i wylosować innego - mówi sołtys Nieboczów.
Urzędnicy na pomysł przystali, a ci z Syryni zgodzili się sprzedać swoją ziemię pod nowych sąsiadów. Jeszcze w 2007 roku powstał plan nowej miejscowości.
- Zrobili nam w remizie pokaz multimedialny i wszystkim mieszkańcom to nowe miejsce się spodobało. Dwóch było przeciwnych, reszta za - wylicza sołtys.
Źródło: Gazeta Wyborcza