Przeczytaj też opinię naczelnego "Przeglądu Lotniczego"
Wacław Radziwinowicz: Jak interpretuje pan stenogramy rozmów załogi prezydenckiego Tu-154M? Magomed Tałbojew: Wynika z nich niezbicie, że piloci do ostatnich sekund byli pewni, że wszystko jest w porządku. Najwyraźniej wydawało im się, że podchodząc do lądowania, są wyżej o 150-160 m, niż byli realnie.
Dlaczego ignorowali ostrzeżenia systemu TAWS krzyczącego na nich, że ziemia jest zbyt blisko? - Mieli powody, by je ignorować. Lotniska Siewiernyj w Smoleńsku nie ma w tym systemie i ono dla urządzenia ostrzegającego przed zbyt niskim pułapem jest nie miejscem do lądowania, lecz zwykłym polem. TAWS krzyczałby więc nawet wtedy, gdyby wszystko było w porządku. Nie powinni jednak byli ignorować ostrzeżeń dyspozytorów.
Dlaczego to zrobili? - Moje doświadczenie podpowiada, że wytłumaczenie może być tylko jedno. Oni na wysokościomierzu barycznym nieprawidłowo ustawili ciśnienie atmosferyczne panujące na pasie startowym w Smoleńsku. Może omyłkowo nanieśli tam ciśnienie w Warszawie. Takich przypadków było mnóstwo. Bardzo wiele samolotów rozbiło się z takiego głupiego powodu. I wcale nie musimy być zdani na zgadywanie. Przecież w dyspozycji Polaków są też zapisy pracy urządzeń pokładowych. One odnotowały, jakie ciśnienie na wysokościomierzu zaznaczyli wasi piloci. Wystarczy to odczytać i albo potwierdzicie, albo wykluczycie tę przyczynę. Potem jednak trzeba będzie odpowiedzieć na pytanie, co mogło się stać przyczyną tak banalnej i tak fatalnej pomyłki.