Krwawy izraelski desant na konwój do Gazy sprawił, że Flotylla Wolności osiągnęła wszystkie swoje cele. Po pierwsze, zabijając uczestników konwoju, komandosi potwierdzili lansowany przez organizatorów flotylli i ich sojuszników z Gazy obraz Izraela jako brutalnego agresora. Jerozolima ściągnęła na siebie - zasadnie - niemal jednomyślne potępienie opinii międzynarodowej.
Po drugie, masakra na pokładzie tureckiego promu "Marvi Marmara" wzmocni tych w Turcji, którzy chcą drastycznego ograniczenia lub wręcz zerwania stosunków z Izraelem. Tymczasem
Turcja była jeszcze kilka lat temu wręcz sojusznikiem Izraela, tym ważniejszym, że muzułmańskim.
Po trzecie, mimo tyleż buńczucznych, co brzmiących w świetle ostatnich wydarzeń niemal obłąkańczo zapowiedzi izraelskiego wiceministra obrony, że "nie przepuścimy", nie wydaje się możliwe, by w przyszłości można było siłą zatrzymywać kolejne zmierzające do Gazy statki, a dwa są już w drodze. Izraelsko-egipska blokada Strefy rychło stanie się więc fikcją. Hamas powinien złożyć premierowi Netanjahu gratulacje.
Chodzi o to, że taki bieg wydarzeń był właściwie nieuchronny od momentu podjęcia decyzji o nocnym abordażu statku przez komandosów wyposażonych w ostrą amunicję. Komandosi są szkoleni, żeby zabijać, gdy są atakowani, i zareagowali adekwatnie do swojego szkolenia, choć całkowicie nieadekwatnie do okoliczności.
Odpowiedzialność za to ponoszą ci, którzy ich tam wysłali, a zasadność decyzji o desancie potwierdziło dowództwo marynarki, minister obrony i premier. Innymi słowy rząd izraelski świadomie podjął decyzję, której skutki i tak mogłyby być katastrofalne nawet w mało prawdopodobnym wypadku, gdyby nastawiona na zastosowanie przemocy grupa wśród uczestników konwoju odstąpiła od zamiaru odparcia desantu siłą. W przeciwnym razie ofiary wśród cywili były nieuchronne; równie dobrze można by od razu ostrzelać pokład. Krwawe skutki decyzji o desancie były więc oczywiste. Ich polityczne konsekwencje także. Rząd izraelski zachowuje się tak, jakby przestał myśleć.
Ogłoszenie w marcu, podczas wizyty wiceprezydenta
USA w Izraelu, decyzji o przyszłej budowie 1200 mieszkań dla Żydów we wschodniej Jerozolimie spowodowało ostry kryzys w stosunkach z najważniejszym sojusznikiem. W maju szef MSW Eli Jiszaj podwójnie się ośmieszył, gdy najpierw kazał odmówić profesorowi Chomsky'emu prawa wjazdu do Izraela, a następnie usiłował zwalić winę na podległych mu pograniczników.
Na ministrów publicznie sprzeciwiających się powstaniu państwa palestyńskiego - choć premier oznajmił, że jego powstanie jest jednym z celów jego polityki - nikt już nawet nie zwraca uwagi. Trudno nie odnieść wrażenia, że obecna polityka rządu jest większym zagrożeniem dla Izraela niż połączone wysiłki Hamasu i Hezbollahu. Można jedynie mieć nadzieję, że albo Kneset powoła inny rząd, albo Izraelczycy wybiorą inny Kneset.
Ale w poniedziałek cenę najwyższą, bo cenę życia, zapłacili ludzie, którzy Izraelczykami nie byli, a ich jedyną winą było to, że się tej polityce chcieli przeciwstawić. W tej kwestii tylko niezależna sądowa komisja śledcza, jak po masakrze w obozach Sabra i Szatila w 1982 r., może przeprowadzić dochodzenie, które byłoby wiarygodne i dla międzynarodowej i dla izraelskiej opinii publicznej. Za to szans na to, by obecny rząd w Jerozolimie zrobił cokolwiek, co byłoby wiarygodne czy choćby nieszkodliwe dla kraju, już chyba nie ma.